Rozdział 3-4: Las w przestworzach | Śmiałek i jego następcy

 


Część 4: Śmiałek i jego następcy

 

 


Czym jestem?
Zastanawiał się Willem. JuĹź nie Ĺšmiałkiem, nie miał powodu by chronić ten nowy świat, ani nie miał juĹź takiej mocy by to robić. W tej chwili jego jedynym celem w Ĺźyciu było bycie nadzorcą tych fałszywych broni, puste stanowisko bez jakichkolwiek obowiązkĂłw, oprĂłcz po prostu bycia obecnym. MĂłgł zniknąć w kaĹźdej chwili. Nikt by tego nie zauwaĹźył, nikt by się nie przejął, nikt by nie cierpiał. Stał się duchem.


— Dziesięć minut później, w klinice.


– Dlaczego tutaj jesteś?


To były pierwsze słowa, ktĂłre wydostały się z ust Chtholly, kiedy odzyskała przytomność.


– Czy jest coś złego w przebywaniu przy chorej osobie?


– Nie jestem chora – warknęła z niezbyt przyjemnym wyrazem twarzy, aczkolwiek chłopak zdołał zauwaĹźyć lekki rumieniec.


– Wiedziałaś, Ĺźe staroĹźytni Śmiałkowie, ktĂłrych imitujecie, mieli wiele chorĂłb, ktĂłre złapane podczas misji wymagały natychmiastowego leczenia? Na samym szczycie tej listy było Przenikliwe Zatrucie Toksyną, na ktĂłre teraz cierpisz.


– Czasami twoje Ĺźarty nie mają Ĺźadnego sensu. – OdwrĂłciła się, dalej w złym humorze.


To z pewnością nie był Ĺźart, ale jeśli mi nie wierzy, no cóş.


– No odwróć się w moją stronę. Nie mogę zamienić ręcznika na twojej głowie w ten sposĂłb.


– Nie potrzebuję go.


– To nie coś, o czym decyduje pacjent. No dawaj.


– Jest dobrze. To nic takiego. Wszystko będzie dobrze jak tylko trochę wypocznę.


– Nie bądĹş głupia. – Lekko dotknął jej czoła. – Za kaĹźdym razem trzeba odpowiednio zająć się Zatruciem Toksyną, inaczej stanie się regularne. Jeśli nadal będziesz się tak zachowywała, to wkrĂłtce osiągniesz swĂłj limit.


– SpĂłjrz na siebie, gadasz jak jakiś ekspert.


Jestem ekspertem. Technik Zaklętych Broni to w końcu moja praca.


– Hmph.


OdwrĂłciła oczy w drugą stronę, jakby mĂłwiąc:
on czym on do cholery mĂłwi? Po pierwsze, Technicy Zaklętych Broni budowali i konserwowali maszyny napędzane zaklęciami na polu bitwy, na co wskazuje ich tytuł. Ranga Młodszego Technika niesie ze sobą autorytet i odpowiedzialność porĂłwnywalną do tej wyĹźszego rangą oficera wojskowego. Oczywiście wspięcie się tak wysoko wymaga duĹźej ilości nauki, treningu i doświadczenia. Willem nie posiadał Ĺźadnej z tych cech. Tytuł, ktĂłry nosił jedynie na pokaz, nie miał Ĺźadnej mocy — ta wiedza była powszechnie znana nawet wśrĂłd wróşek.


– Jestem waszym nadzorcą. Myślę, Ĺźe mam prawo, by się o was martwić.


– To nie tak… Nie ma znaczenia, czy jesteś nadzorcą czy nie. Nie potrzebuję nikogo, Ĺźeby się o mnie martwił.


Chtholly wciąż nie chciała odwrĂłcić się do chłopaka, więc ten nie mĂłgł zobaczyć jej wyrazu twarzy. Sądząc jednak po jasnoczerwonych uszach, jej gorączka jeszcze nie spadła.


– Nie obchodzi mnie Ĺźaden “limit” ani cokolwiek, o czym mĂłwisz. I tak nie zostało zbyt wiele czasu.


– Czasu? Co masz na myśli?


– Hej, chcę cię o coś spytać – odpowiedziała dziewczyna, ignorując pytanie.


– Tak?


– JeĹźeli… To tylko teoretyczne pytanie, okej? JeĹźeli miałabym umrzeć w ciągu pięciu dni, byłbyś dla mnie trochę milszy?


Cisza.


– … co? – Willem nie potrafił pojąć, o co jej chodzi.


– To tylko â€œco jeśli”, więc odpowiedz. Wysłuchałbyś moich ostatnich Ĺźyczeń i takie tam?


– Chwila. Skąd akurat pięć dni? Muszę wiedzieć coś więcej o tym wszystkim, inaczej nie mogę odpowiedzieć na to pytanie.


– Za pięć dni od teraz, na 15. Dryfującej Wyspie. Atak Teimerre.


Kolejna cisza.


– 17 Bestii nie potrafi latać. To jedyny powĂłd, dla ktĂłrego Regul Aire wciąż dryfuje. Lecz Teimerre, 6. Bestia, moĹźe przeprowadzić atak, sama pozostając na ziemi. Ma dwie umiejętności: podział i gwałtowny rozwĂłj. Główne ciało moĹźe pozostać na ziemi i oddzielić od siebie dziesiątki tysięcy małych części, ktĂłre niesie potem wiatr. Jeśli jedna z tych cząstek spadnie na dryfującą wyspę, natychmiast się rozwinie i rozmnoĹźy. Cała wyspa zostanie zniszczona w przeciągu sześciu godzin.


Cisza.


– Oczywiście Regul Aire ma sposoby, by z nią walczyć. Coś o tak wielkiej “obecności” jak Bestia, z pewnością zostanie wykryte przez nasz system alarmowy przed dotarciem na wyspę. Im potężniejszy fragment, tym wcześniej moĹźemy go wykryć. To daje nam wystarczająco czasu, by przygotować się do obrony. W ten właśnie sposĂłb Regul Aire odpierało ataki Teimerre przez ostatnie setki lat.


Cisza.


– Około pół roku temu, została wykryta nadzwyczajnie duĹźa część. Przewidując jej siłę, wszystkie regularne siły wojskowe dostępne na miejscu jej lądowania, nie miałyby z nią Ĺźadnych szans. Lecz z drugiej strony, wróşka z Wydobytą Bronią…


– … moĹźe ją unicestwić w zamian za swoje Ĺźycie… Zgadza się?


– Dokładnie. Razem z Senioriousem powinnyśmy być w stanie ją zatrzymać za pomocą samozniszczenia. Chyba mamy szczęście.


Chtholly, schowana pod kocem, wzruszyła ramionami. Potrzebna była jedynie jedna ofiara. Jeśli brakowałoby im choć trochę mocy, straciliby teĹź drugą wróşkę — najprawdopodobniej Itheę lub Nephren.


– Pamiętaj, to tylko teoretyczna sytuacja. – W końcu, powoli, odwrĂłciła się do Willema z figlarnym uśmiechem na twarzy. Lecz jej oczy nie ukazywały Ĺźadnych oznak radości. – Więc? Gdyby to się zdarzyło, wysłuchałbyś moich ostatnich Ĺźyczeń?


– … zaleĹźy jakie byłyby to Ĺźyczenia.


– No cóż… Na przykład… Ach… – Szukała odpowiednich słów. – … Gdybym poprosiła o pocałunek lub coś takiego. Co byś zrobił?


Co, ona teĹź?


Podążając śladem bezwartościowych książek, ktĂłre czytały tutaj dziewczęta, dotarli do miejsca, gdzie chłopak powinien być zakłopotany lub naprawdę zawstydzony, lecz on nie chciał udawać. Głosem, ktĂłry zabrzmiał niczym jęk, odpowiedział: – Pozostało ci pięć dni Ĺźycia i prosisz o 
takie coś?


– T-to Ĺşle?


Młody mężczyzna utworzył krąg z kciuka i Ĺ›rodkowego palca swojej prawej ręki. Potem, wkładając trochę siły w Ĺ›rodkowy palec, pstryknął dziewczynę w czoło.


– Auć!?


– Dziecko nie powinno rozmawiać o sprawach dorosłych. To dlatego, Ĺźe czytacie tylko te romansidła.


– N-nie, czytam teĹź wiele innych rzeczy!


Wygląda na to, Ĺźe nie zaprzeczyła oskarĹźeniu o czytanie romansideł. Z powodu gorączki albo z powodu tego, Ĺźe rzeczywiście była poruszona, słowa z jej ust zaczynały brzmieć coraz mniej logicznie. Ponadto sama nie zdawała się być tego świadoma.


– W-w kaĹźdym razie, chciałam zdobyć jakieś wspomnienia… Co w tym złego? – Mocno przycisnęła srebrną broszkę do piersi. – Gdybyś miał umrzeć… Nie chciałbyś zniknąć całkowicie, prawda? Chciałbyś być przez kogoś zapamiętany. Stworzyć z kimś więź. – Powoli, lecz niewątpliwie, łzy zaczęły zbierać się w jej oczach. – W jaki sposĂłb moĹźe być w tym coś złego…


– Nie o tym mĂłwię. Jeśli jest w tym cokolwiek złego, to to, Ĺźe niepotrzebnie się spieszysz. – Willem delikatnie dotknął dłonią jej czoła. Wciąż gorące. – Chciałem powiedzieć, Ĺźe nie powinnaś być tak zdesperowana, Ĺźe zrobiłabyś to z kaĹźdym, jedynie po to, by to zrobić. Pośpiech nigdy nie prowadzi do niczego dobrego.


– To nie ma znaczenia! To nie tak, Ĺźe mam czas, Ĺźeby się martwić–


– Ponadto, jeśli masz zamiar płakać, wyrzuć to z siebie kiedy ktoś jest przy tobie. Płakanie w samotności jest zarezerwowane dla doświadczonych mistrzĂłw, ktĂłrzy potrafią stwierdzić, kiedy skończą ronić łzy. Nie polecam tego dla początkujących.


– Zamknij się. Jeśli nie masz zamiaru mnie pocałować, siedĹş cicho. Tak w ogĂłle to nie płaczę.


– Potrafię to stwierdzić po twoim głosie, wiesz?


– Nie płaczę – stwierdziła uparcie raz jeszcze.


— Czym byłem?
Zastanawiał się Willem. Zdecydował się ponownie potwierdzić: pustą skorupą bohatera, ktĂłry stracił wszystko, co chciał chronić. Skorupa oczywiście nie ma Ĺźadnych Ĺźyczeń, gdyĹź jest martwa.


– … o rany. – Podrapał się po głowie. – Połóż się na brzuchu na sekundę.


– Nic nie słyszę. – Chtholly zatkała swoje uszy palcami i odwrĂłciła się od niego.


– No dawaj, po prostu to zrĂłb.


– Nie słyszę.


– Cóş, jeśli nie chcesz mnie posłuchać…


Chłopak złapał ją za ramię i siłą obrĂłcił w swoim kierunku. Potem, pochylając się blisko, lekko dotknął ustami jej czoła.


– Heh?


Całe ciało dziewczyny zesztywniało, tak jakby jej mĂłzg odruchowo wstrzymał wszystkie działania w odpowiedzi na doznany szok. Nie mogła w pełni przetworzyć tego, co stało się właśnie z jej czołem. Wiedziała jedynie, Ĺźe z powodu jakiegoś zaskoczenia, jej ciało przestało się poruszać. Odczucie dotyku, ktĂłre powinna poczuć, ledwie dotarło do jej mĂłzgu.


– Teraz posłuchasz? Połóż się twarzą w dół.


– Ech. Poczekaj. Co się właśnie stało?


– Pośpiesz się.


Straciwszy cierpliwość, chłopak ponownie złapał ją za ramię i odwrĂłcił głową w dół.


– Achh!!?


– Pozbędę się twojej gorączki. Dla bezpieczeństwa, po prostu trzymaj swoje usta zamknięte.


– U-usta? Ech? Co?


Delikatnie połoĹźył dłoń na jej plecach i sprawdził palcami stan mięśni oraz przepływ krwi. Jednym z charakterystycznych symptomĂłw zatrucia Toksyną jest zmniejszona funkcjonalność tkanek, w ktĂłrych zgromadziła się Toksyna. Układ odpornościowy czasami myli to z jakąś chorobą i w odpowiedzi wywołuje gorączkę. Staranna kontrola moĹźe ujawnić problematyczne miejsca, gdzie w dalszym ciągu zalega Toksyna.


– Tutaj… i tutaj…


– Agh!


Nacisnął mocno koniuszkami palców.


Podczas jego długiej kariery Quasi Śmiałka nierzadko zdarzało się, Ĺźe on lub towarzysz cierpieli z powodu zatrucia Toksyną. Gdy problem pojawiał się w Ĺ›rodku bitwy potrzebowali szybkiego i Ĺ‚atwego sposobu, by w miarę moĹźliwości złagodzić symptomy. SzczegĂłlnie podczas długich kampanii zapobieganie wypaleniu się od walki miało ogromne znaczenie. Dlatego pewnego razu zagarnął lekarza wojskowego i nauczył się tej techniki.


– Auć! Tutaj boli!


– To dlatego, Ĺźe pozostałości Toksyny czynią twoje mięśnie sztywnymi. Jeśli uda mi się to cofnąć, poczujesz się lepiej.


– Nawet jeĹźeli tak mĂłwisz, to wciąż — ach! To Ĺ‚ask — ach!


– Postaraj się nie ruszać.


– Tak jak powiedziałam, to nie takie proste na jakie — ach!


Głównym trikiem było przyciśnięcie dziesięciu konkretnych miejsc, usytuowanych symetrycznie wokół kręgosłupa, w odpowiedniej kolejności. PrzywrĂłcenie zdrowego przepływu krwi pomagało wymyć stojącą Toksynę. Kurację moĹźna by porĂłwnać do masaĹźu rozluĹşniającego mięśnie. Prawdę mĂłwiąc, poza stymulowaniem tych specyficznych punktĂłw akupunkturowych, te dwa procesy praktycznie się od siebie nie róşniły.


– Achhh…


ZnajdĹş miejsce z zalegającą Toksyną, a następnie naciśnij. Szukaj innego punktu, przepłukaj i powtĂłrz. Po dobrych dziesięciu minutach chłopak odpuścił plecom Chtholly. Kuracja wystarczyła. Mięśnie i przepływ krwi odzyskały swoją siłę, więc teraz ciało naturalnie usunie resztki substancji.


– Teraz powinno być dobrze. – Z powrotem okrył kocem dziewczynę, ktĂłra wyglądała na lekko oszołomioną i wycieńczoną przez tak dotkliwą stymulację ciała. – Po prostu trochę odpocznij. Po kolejnej przespanej nocy powinnaś prawie całkowicie powrĂłcić do zdrowia.


– Dlobssze… – Wpół przytomna, wymamrotała niezrozumiałą odpowiedĹş.


Jeśli zostanie sama, wcześniej czy później zaśnie. Chłopak uznał, Ĺźe moĹźe zostawić ją samą i opuścił klinikę.

 

 


Czym jestem?
Zastanawiał się Willem, lecz miał tego dość i szybko przestał. Miał inne rzeczy, o ktĂłrych powinien myśleć w tym momencie.

 

 


Papier. Papier. Papier.


To była pierwsza rzecz, ktĂłrą zauwaĹźył wchodząc do pokoju. Następną rzeczą, ktĂłrą zobaczył, i kolejną, i jeszcze jedną, był takĹźe papier. Zdezorientowany zrobił krok w tył, aĹźeby sprawdzić brązową tabliczkę przy drzwiach. Wyryte tam litery z pewnością układały się w słowo “archiwum”.


Z powrotem wkroczył do pomieszczenia, ktĂłre z powodu porozrzucanych wszędzie stert dokumentĂłw wyglądało na o wiele węższe, niĹź powinno być. Dodatkowo publikacje leżące na tych stosach zdawały się obejmować szeroką gamę tematĂłw. Prośba o naprawę łazienki w magazynie, wskazĂłwki co do komunikacji z innymi rasami podczas bitwy z 17 Bestiami, paragon za spore zamĂłwienie marchewek i ziemniakĂłw, raport z nocnego patrolu czy wycinek z magazynu dla dziewcząt. Wszystko to ustawione na stosie jedno na drugim.


Tik, tak, tik, tak 
zegara wiszącego na Ĺ›cianie zdawało się rozbrzmiewać głośno przez cały ten bałagan znajdujący się w pokoju.


– Łał…


OstroĹźnie wszedł do pomieszczenia, odnajdując drogę w tym pagĂłrkowatym terenie i skierował się w stronę biurka. Odkładając na bok stertę papierĂłw okupującą krzesło, usiadł na nim i rozejrzał się wokół jeszcze raz.


– Łał…


SkrzyĹźował ramiona i zaczął myśleć o tym, jak zabrać się do posprzątania tego miejsca. Po krĂłtkim namyśle stwierdził, Ĺźe niewaĹźne ile czasu będzie nad tym myślał, do niczego nie dojdzie. Odkładając tę decyzję na później, Willem chwycił kawałek papieru z samego dołu najbliĹźszego stosu. Był to raport z inspekcji sprzętu sprzed ponad dziesięciu lat. Więc ten pokĂłj zawierał co najmniej dekadę bezwartościowej historii. Poczuł się trochę jak archeolog.


No cóş, bezczynne siedzenie byłoby tylko stratą czasu. Sięgając ręką do pobliskiej wieĹźy zdecydował, Ĺźe zacznie od sklasyfikowania wszystkich tych dokumentĂłw. W tym momencie zauwaĹźył kogoś stojącego w drzwiach. Dziewczyna z szarymi włosami intensywnie spoglądała do Ĺ›rodka pomieszczenia z niemoĹźliwym do odczytania spojrzeniem w oczach.


Chłopak poczekał chwilę sądząc, Ĺźe przyszła zapewne by zabrać jakiś dokument lub coś innego. Lecz ona ani drgnęła. Dalej spoglądała w przestrzeń tak jakby była posągiem.


– Potrzebujesz czegoś Nephren?


– Niezbyt – odpowiedziała natychmiast obojętnym tonem, odwrĂłciła się i po prostu odeszła.


– … ciekawe co się z nią dzieje.


Wzruszywszy ramionami, młody mężczyzna wrĂłcił do pracy. Chciał się czegoś dowiedzieć. I to coś prawdopodobnie leĹźało gdzieś na dnie tego nieprzebranego morza papierĂłw.

 

 


Zegar na Ĺ›cianie zabił dwanaście razy z rzędu, zwiastując początek nowego dnia. Dopiero przed chwilą skończył porządkowanie kupy papierĂłw spiętrzonych na biurku. Zarwana noc wydawała się nieunikniona, a dodatkowo niepewnym było, czy ciężka praca do samego rana dałaby jakieś przydatne rezultaty.


– … jestem zmęczony.


Słysząc burczenie w brzuchu Willem uświadomił sobie, Ĺźe całkowicie zapomniał o jedzeniu. Funkcjonował bez dostarczania Ĺźadnych składnikĂłw odĹźywczych przez prawie pół dnia, jako Ĺźe ostatni posiłek jadł koło południa.


– Cholerka…


Gdyby zorientował się chwilę wcześniej, być moĹźe dałby radę zamĂłwić jakiś lekki posiłek w stołówce. Cóş, Ĺźal po tej decyzji wcale nie napełnił jego Ĺźołądka. PĂłki co połoĹźył głowę na biurku i zamknął oczy. Poradziłby sobie z pustym brzuchem, ale ciągłe ignorowanie zmęczenia doprowadziłoby jedynie do spadku jego koncentracji. KrĂłtki odpoczynek dałby mu wystarczająco energii do kontynuowania pracy.


Nagle, chwilę przed utratą świadomości, poczuł zapach kawy unoszący się obok jego nosa. Jego uszy wychwyciły lekkie brzęknięcie kubka stawianego na blacie biurka.
Napoje? No tak, pewnie zostawiłem drzwi otwarte.


– Ach, dzięki–


JuĹź chciał podziękować Nygglatho, kiedy szare włosy weszły w jego pole widzenia. Para ciemnografitowych oczu pusto spoglądała w przestrzeń.


— Nephren?


– MoĹźesz mĂłwić do mnie Ren.


– Okej. Dzięki, Ren.


Patrząc z powrotem na biurko zauwaĹźył, Ĺźe obok czarnego napoju został postawiony talerz ze zwykłą kanapką.


– Nie musisz mi za to dziękować – powiedziała, rozglądając się po pokoju. – Po prostu byłam trochę ciekawa, dlatego przyszłam zobaczyć. Co robisz?


– Hmm… PrĂłbuję coś zbadać. Tak myślę.


– W tym miejscu?


– Tak. Skarby zawsze są ukryte głęboko w podziemnych labiryntach, prawda? Ĺťeby znaleźć coś wartościowego, trzeba włoĹźyć trochę ciężkiej pracy.


– Hmm…


Willem wziął łyk kawy. – Jaka słodka. – Poczuł olbrzymią ilość rozpuszczonego cukru na swoim języku.


– Pomyślałam, Ĺźe taka będzie dobra, skoro jesteś zmęczony. Nie lubisz słodkiej?


– Och nie, taka jest moja ulubiona.


Ku zaskoczeniu dziewczyny, chłopak wypił resztę czarnego napoju duszkiem i poĹźarł kanapkę, ktĂłra była zrobiona z grillowanego mięsa gołębia, lekko gotowanej sałaty i nieco suchego chleba. Mogło być w niej ciut za duĹźo musztardy, lecz ten dodatkowy smak pomĂłgł mu wlać trochę energii w jego wyczerpane ciało.


– Och… – westchnął z satysfakcją, gdy poczuł, Ĺźe ta lekka przekąska robi swoją robotę.


– Więc? – Nephren zbliĹźyła się do niego z pozbawioną wyrazu twarzą i zapytała: – Czego szukasz tak późno?


– Cóż… Chyba nie ma sensu tego ukrywać. Szukam protokołów z waszych bitew.


– Hm? – Zdezorientowana, przechyliła lekko głowę. – Po co?


– Jestem osobą z zewnątrz, fałszywym technikiem nie z tego pokolenia. Zbyt mało wiem. Zawsze mogę zapytać Nygglatho, lecz ona nie jest Ĺźołnierzem, więc jej informacje będą z innego punktu widzenia. Najlepszym rozwiązaniem jest więc zobaczenie dokumentacji wojskowej na własne oczy.


– Hmm…


– Nie myśl o tym za duĹźo. Po prostu chcę wiedzieć kilka rzeczy.


– Okej. – Przytaknęła. – Jest coś, co chcesz, bym zrobiła?


– Chcesz pomĂłc? No dobra, potrzebuję wszystkich papierĂłw dotyczących częstotliwości pojawiania się Teimerre oraz zapiskĂłw z bitew z ostatnich dziesięciu lat z wyszczegĂłlnieniem czasu, uĹźytych zasobĂłw i ostatecznych strat. Dodatkowo, jeśli to moĹźliwe, chcę protokoły dotyczące napraw i konserwacji Kali — Wydobytych Broni. Na przykład dokumenty mĂłwiące o tym, czego prĂłbowali, do czego dążyli i jak się to ostatecznie skończyło.


– Hm. Bardzo konkretnie.


– Sam sprawdzę wszystkie szczegóły. Jeśli mogłabyś zebrać wszystko, co wygląda na istotne, bardzo byś mi pomogła.


– Przyjęłam.


Teraz, kiedy jego brzuch był juĹź pełny, nadeszła pora, by wrĂłcić do pracy. Willem podwinął rękawy i zaraz po nim, zrobiła to teĹź Nephren. Dwoje zaczęło brodzić w wielkim oceanie papierĂłw wypełniających pomieszczenie. JednakĹźe im dłuĹźej trwała noc, tym bardziej zaczynali w nim tonąć.

 

 


Nadszedł poranek. Budząc się o zwykłej porze, Chtholly ospale wywlekła się z Ĺ‚óşka i rozejrzała się wokoło. ZauwaĹźyła, Ĺźe nie znajduje się w swoim pokoju. Rozpoznawszy otoczenie jako pokĂłj w klinice, starała się przypomnieć sobie, co wydarzyło się poprzedniej nocy. Skołowana, nie wiedziała dlaczego spała w tym miejscu.


Kiedy w końcu przypomniała sobie wydarzenia z zeszłego dnia, jej głowa natychmiast się zagotowała. Gorączka ją osłabiła. Utraciła rozsądek w ocenie sytuacji. Nie zrobiłaby, ani nie powiedziała tych rzeczy w normalnym stanie umysłu. W jej głowie pojawiło się wiele wymĂłwek, lecz Ĺźadna z nich nie cofnęłaby tego, co zostało juĹź uczynione.


JeĹźeli miałabym umrzeć w ciągu pięciu dni, byłbyś dla mnie trochę milszy?


– Ach, dlaczego to powiedziałam!?


Zanurkowała tyłem na Ĺ‚óşko, z ktĂłrego dopiero co wyszła i zaczęła gwałtownie się miotać, nie zwracając uwagi na wynikające z tego głośne trzeszczenie.


… gdybym poprosiła o pocałunek lub coś takiego. Co byś zrobił?


– Aggghhh!!


Ścisnęła z całych sił poduszkę, okładała ją pięściami, a następnie rzuciła o Ĺ›cianę. Dlaczego powiedziała wszystkie te rzeczy? Nie miała zielonego pojęcia. Cóş, to nieprawda Ĺźe go 
nie cierpiała, a wręcz dosyć wysoko go ceniła. Gdyby miała powiedzieć, to zmierzało to bardziej w stronę lubienia. Lecz lubienie kogoś jako osoby, a lubienie kogoś w ten sposĂłb to dwie kompletnie róşne sprawy i nie powinno się ich ze sobą mieszać. Ostatnimi czasy często o nim myślała, a winy za to nie mogła zrzucić na gorączkę — achh! Nie mogła znieść juĹź dłuĹźej zastanawiania się nad tym wszystkim.


Dodatkowo gdzieś w połowie, jej pamięć stała się lekko zamglona. Czuła, jakby coś się wtedy stało… Powiedział, Ĺźe pozbędzie się jej gorączki lub coś w ten deseń–


– Chtholly, juĹź lepiej!?


– Ach! – Nagle znikąd dotarł do niej głos, więc odruchowo spanikowała i schowała się pod przykryciami. – A, jest w porządku.


– Ach, um… Słyszałam, Ĺźe wczoraj po powrocie byłaś bardzo zmęczona, lecz teraz jest dobrze? MoĹźesz jeść jak naleĹźy i w ogĂłle?


Oceniając po głosach i ruchach, dziewczyna zgadywała, Ĺźe przyszły odwiedzić ją dwie osoby.


– Collon i… Lakhesh?


Powoli wyjrzała i potwierdziła swoje przypuszczenia. Wystarczyło, Ĺźe zobaczyła te jaskrawe, jasnoróşowe i pomarańczowe włosy.


– Hm? Masz czerwoną twarz. – ZauwaĹźyła róşowowłosa Collon.


– Ach, serio? Jesteś pewna, Ĺźe to nie Ĺ›wiatło? – Dziewczyna unikała kontaktu wzrokowego.


– Ale wygląda na to, Ĺźe z twoim ciałem wszystko w porządku. Zawsze kiedy wracacie z walk wygląda to naprawdę Ĺşle, więc cieszę się, Ĺźe wszystko jest dzisiaj z wami dobrze – powiedziała pomarańczowowłosa Lakhesh.


Kiedy o tym wspomniała, Chtholly zauwaĹźyła, Ĺźe jej ciało wydawało się nadzwyczajnie lekkie. Ostatniej nocy zemdlała za sprawą naduĹźycia Toksyny w trakcie bitwy, ktĂłra wydarzyła się wcześniej. Dotychczas, w dniach po bitwie dręczyło ją ogromne zmęczenie. Wstała z Ĺ‚óşka i sprĂłbowała lekko podskoczyć kilka razy. Nie czuła Ĺźadnego znuĹźenia. Prawdę mĂłwiąc czuła się świetnie, tak jakby została uleczona jakimś magicznym zaklęciem.


– To prawda, czuję się naprawdę lekko.


– Trza mieć ducha walki i trochę odwagi!


To prawdopodobnie nie to,
pomyślała do siebie.


– Dopiero zauwaĹźyłaś?


– Ach, no cóż… – Zastanawiała się, co wydarzyło się tym razem inaczej. Czy to moĹźliwe, Ĺźe — jej głowa zaczęła się znowu gotować, więc powstrzymała się przed przypominaniem sobie szczegółów — ten dziwny masaĹź? – …Och, wiecie gdzie on jest?


– Co? – Przez moment Lakhesh wyglądała na zdezorientowaną, ale w końcu chyba zrozumiała. – Jeśli mĂłwisz o Willemie, ostatnio widziałam go w archiwum.


– Archiwum… Miejsce, gdzie upychamy wszystkie sterty papierĂłw?


Co on w ogĂłle tam robił? Znajdowały się tam jedynie chaos i bałagan, nie było to zdecydowanie miejsce nadające się na jakiekolwiek badania. O ile Chtholly wiedziała, wróşki szły tam jedynie wtedy, gdy chciały uniknąć obowiązku sprzątania, poniewaĹź nikt by nie pomyślał, by szukać ich właśnie tam.


– Był z Nephren.


– …co?


– Collon!


Pomarańczowowłosa zbeształa ją za ujawnienie niepotrzebnej informacji, lecz dziewczynka wcale się nie przejęła.


– Spali razem na sofie. – Właściwie to kontynuowała, czyniąc rzeczy jeszcze gorszymi.


– …ach.


– Um… Chtholly?


– Przypomniałam sobie, Ĺźe muszę coś zrobić, więc wychodzę. Dzięki, Ĺźe przyszłyście zobaczyć, czy dobrze się czuję. Jak widzicie juĹź ze mną lepiej, więc się nie martwcie.


– Ach, okej. Ale… – Lakhesh ostroĹźnie na nią spojrzała. – Nie bądĹş zbyt brutalna… okej?


– O czym mĂłwisz?


Błękitnowłosa zaśmiała się i wyszła z kliniki.

 

 


Dobrze, Ĺźe odkopali sofę pracując ostatniej nocy. Willem usiadł z Ĺ›piącą Nephren, ktĂłrej głowa wciąż spoczywała na jego kolanach.


– Cóż… Myślę, Ĺźe udało nam się coś znaleźć – wymamrotał cicho, Ĺźeby nie obudzić swojej asystentki.


W swoich dłoniach trzymał jakiś tuzin skrawkĂłw papieru. Nie była to moĹźe ilość, ktĂłrej oczekiwał, a dodatkowo wmieszało się kilka nieoczekiwanych przedmiotĂłw. Wciąż jednak zdołał znaleźć porządną część tego, co chciał wiedzieć.


Przeleciał szybko wzrokiem po dokumencie, ktĂłry opisywał naturę wróşek. Według niego słowo “wróşka” mogło odnosić się do wielu róşnych gatunkĂłw: ognistych duszkĂłw zwodzących zagubionych w lasach podróşnikĂłw, dzieci ze skrzydłami otoczonymi przez Ĺ›wiecącą aurę światła czy małych ludzi, ktĂłrzy rośli jedynie do wysokości kolan przeciętnego człowieka. Wszystkie te przeróşne typy tych istot zdawały się być nieuchwytne i psotne. Dodatkowo uĹźywały jakiegoś dziwnego rodzaju magii i miały tendencję do zamieszkiwania kniei. W wielu przypadkach szczegĂłlnie interesowały się ludĹşmi, preferując robienie psikusĂłw właśnie na nich.


Opis wydawał się dosyć dobrze pasować do tych, ktĂłre znał chłopak. JednakĹźe czuł się lekko zaniepokojony. Był ciekawy dlaczego rasa, ktĂłra  pomijając jaskrawy kolor włosĂłw, ledwie róşniła się od zwykłych EmnetwytĂłw, otrzymała nazwę Leprekauny. Zdecydował się jednak pozostawić tę sprawę na później, zwaĹźywszy na wszystkie inne rzeczy, ktĂłrych chciał się dowiedzieć.



Wiele moĹźe się zdarzyć w ciągu pięciuset lat…
pomyślał, kontynuując czytanie.


Jeden z papierĂłw przedstawiał podstawy nekromancji. Rozpoczął się od załoĹźenia istnienia duszy, a następnie wyliczał inne, okultystyczne poglądy. Przykładowo, dusza zaczyna istnieć nieskazitelnie biała, lecz w trakcie Ĺźycia jest kolorowana przez otoczenie. W rezultacie dojrzewa dłuĹźej niĹź tkanka. Nawet jeĹźeli dziecko ma doskonały organizm, jego dusza wciąż będzie znacznie róşniła się strukturą od tej dorosłego człowieka.


Więc jeśli ktoś straci swoje ciało przed tym, jak jego dusza zostanie pokolorowana przez Ĺ›wiat, w pewnym sensie umrze, nie narodziwszy się w pełni. Dusze, ktĂłre spotyka ta sprzeczność, z jakiegoś powodu ignorują zasady świata, według ktĂłrych powinne zmierzać ku Ĺźyciu po Ĺ›mierci, jeśli takowe istnieje. Zamiast tego wciąż szwendają się bezcelowo wśrĂłd Ĺźywych.


Te istnienia nazywane są wróşkami. Zagubione dusze, ktĂłre odeszły w wieku tak młodym, Ĺźe nie rozpoznały własnej śmierci. Z tego teĹź powodu ich zachowanie przypomina te maluchĂłw czy dzieci. Kierowane ciekawością, nieodróşniające dobra od zła, czasami niewinne, a czasami okrutne, kontynuowały swoje psoty.


– Lecz nigdy nie będą miały swojego miejsca na tym świecie…


Willem zerknął na młodą dziewczynę w dalszym ciągu śpiącą na jego kolanach i powrĂłcił wzrokiem do dokumentu. Pozostała część artykułu spowodowała u niego mdłości. W uproszczeniu, opisywała ona konkretną metodę sztucznych narodzin wróşek w celu ich późniejszego wykorzystania. Kiedy zaczęła mĂłwić o ofierze lub coś w tym stylu, przestał czytać. Nie był zbyt szczegĂłlnie zainteresowany nauką nekromancji.


Inny papier relacjonował potyczkę, ktĂłra miała miejsce pięć lat temu. Nieznana chłopakowi wróşka dzierĹźyła Kaliyon o imieniu Insania podczas bitwy. Walczyła przeciwko trzem ciałom “SzĂłstki” niemal do momentu, w ktĂłrym jej Toksyna zwariowała, lecz w jakiś sposĂłb przeĹźyła i wrĂłciła do domu. Szybko przekartkował dokument, ktĂłry zawierał wiele podobnych raportĂłw. Sporadycznie zauwaĹźał wzmianki o â€œotwarciu bram do krainy wróşek”, co najprawdopodobniej nawiązywało do zamierzonej samoeksplozji spowodowanej naduĹźyciem Toksyny.


Ściśle mĂłwiąc wróşki, wliczając w to podtyp LeprekaunĂłw, nie Ĺźyły. Były traktowane jako rodzaj duchĂłw. A co za tym idzie, z technicznego punktu widzenia nie były Ĺźołnierzami, pomimo Ĺźe walczyły razem z armią. Nawet jeśli w trakcie bitwy takowa zginęła, nie zostałaby uwzględniona w oficjalnej liczbie ofiar śmiertelnych.


– Więc dlatego są traktowane jak bronie, a nie Ĺźołnierze… – wymamrotał i delikatnie pogłaskał szare włosy leżące na jego kolanach. Usłyszał słaby jęk i juĹź myślał, Ĺźe zbudził Nephren, lecz po chwili ciche chrapanie powrĂłciło.


Czym jestem?
Zastanawiał się Willem. Oczywiście kaĹźda odpowiedĹş, ktĂłrą by znalazł, byłaby kłamstwem. Jednak czuł, Ĺźe musi zdecydować. Tutaj, teraz, kim był? Skorupą bez miejsca, do ktĂłrego mĂłgłby w tych czasach naleĹźeć? Anachronizmem Quasi Śmiałka, ktĂłry utracił wszystko, a jego marzenia zostały zbrukane? Fałszywym technikiem, bezczynnie spędzającym kolejne dni, by tylko zarobić pieniądze? A moĹźe…


Pojedynczy promień światła wślizgnął się przez okno. Chmury deszczowe wciąż zasłaniały niebo, lecz poranne słońce znalazło w nich niewielką szczelinę, by zajrzeć do Ĺ›rodka. Chłopak zmruĹźył oczy. Wpatrując się poza światło, przez sekundę wydawało mu się, Ĺźe widział znajomą postać.


– …Chciałem szybko spłacić swĂłj dług i takĹźe tam pĂłjść… – zachichotał.


– Zamknij się… Przestań narzekać, pospiesz się i zrĂłb wszystko, co jesteś w stanie zrobić. – Postać zza światła zdawała się odpowiedzieć.


Ach, cholera. Ten sukinsyn. Nie ma pojęcia, przez co przeszedłem w ciągu tych ostatnich sześciu miesięcy.


– …Willem? – zawołał go głos dobiegający ze szczytu jego kolan.


– Ach, obudziłaś się? Dzięki za pomoc, znalazłem masę rzeczy.


– Hm. Nie zrobiłam niczego, za co musiałbyś mi dziękować. – PrzewrĂłciła się, by na niego spojrzeć. – Wyglądałeś jakbyś miał uschnąć, gdybym zostawiła cię samego, więc po prostu trochę pomogłam.


– Lecz wciąż, dziękuję – oznajmił, ponownie głaszcząc ją po szarych włosach.


Nephren wyglądała na lekko poirytowaną, lecz nie odtrąciła jego dłoni.


– Dobra, powinniśmy wstawać. Wygląda na to, Ĺźe mamy gościa.


Jak tylko to powiedział, usłyszał okrzyk zdziwienia dobiegający z wpół otwartych drzwi. Otwierając się zaskrzypiały, odsłaniając zaspaną i z jakiegoś powodu naburmuszoną Chtholly.


– …um, dzień dobry.


– Dobry. Jak się czujesz?


– Ĺťe co? Och, um… Prawdę mĂłwiąc bardzo dobrze.


– Cieszę się… Uświadomiłem sobie, Ĺźe nigdy nie prĂłbowałem tego na dziecku. Martwiłem się, Ĺźe mogłem przesadzić, ale… – Dziewczyna wyglądała na zaskoczoną wspomnieniem zeszłonocnego masaĹźu. – TakĹźe… przyszłaś w Ĺ›wietnym momencie. Muszę coś sprawdzić. Ren, wstawaj. JuĹź ranek. – Wziął jej głowę ze swoich kolan i połoĹźył ją na sofę, a potem sam się podniĂłsł. – Chtholly, chodĹş ze mną na małe, poranne ćwiczenie.


– …co?

 

 


Podczas ich rozmowy kapryśne niebo postanowiło się przejaśnić.


– Co?


Błękitnowłosa dziewczyna stała na Ĺ›rodku pola, gdzie dzieciaki miały zwyczaj grywać w piłkę. Widziała rozgrzewającego się nieopodal Willema, ubranego w wyglądające na elastyczne ubrania. Obok Nephren wyciągała w jej kierunku długi, cienki tobołek materiału, ktĂłry niewątpliwie zawierał Wydobytą Broń. Spojrzała na młodszą koleĹźankę i pakunek, a następnie go przyjęła.


Bardzo dobrze znała ten dotyk. Zdjęcie opakowania ujawniło znajome, srebrne ostrze. Miecz z największym potencjałem magicznym na całym Regul Aire, Seniorious. Dlaczego wręczono jej go właśnie teraz?


– Chtholly. Lubisz te dzieciaki?


– Co?


– PowĂłd, dla ktĂłrego gotowa jesteś zginąć… Chcesz chronić ich przyszłość?


– To… to nie ma znaczenia.


W głównej mierze miał rację, lecz w tym momencie nie miała ochoty się do tego szczerze przyznać. Wir emocji, z ktĂłrymi walczyła cały ten czas, by dotrzeć do miejsca, w ktĂłrym teraz jest. To nie było tak proste, by mogło być ujęte w kilku słowach. Dodatkowo nie chciała uznać faktu, Ĺźe uĹźywała dzieci jako wymĂłwkę do usprawiedliwienia własnej śmierci.


– Ach… Rozumiem.


Chłopak zdjął tkaninę z trzymanego przez niego zawiniątka, odkrywając produkowany na masową skalę model Wydobytej Broni. Dotychczas wykopano kilka mu podobnych, lecz zazwyczaj uznawane były za słabsze w porĂłwnaniu do unikalnych ostrzy, takich jak te Chtholly.


– Chcę zobaczyć, czy plotki były prawdziwe. Atakuj!


– C-co?!


Przez moment nie wierzyła własnym uszom. Uzbrojona w Senioriousa, mogła być uznawana za posiadacza jednej z największych sił bojowych w całym Regul Aire. Innymi słowy, bardzo silna. Nawet jaszczur uzbrojony po zęby w broń prochową nie mĂłgłby wznieść się na jej poziom.


– Rozumiesz? To, Ĺźe takĹźe masz Wydobytą Broń nie oznacza, Ĺźe moĹźesz w jakikolwiek sposĂłb się ze mną rĂłwnać. Jedynie my posiadamy moc potrzebną do ich aktywowania.


– Hmm, jesteś tego taka pewna? SprĂłbuj. Nigdy nie wiesz, co moĹźe się stać.


– To nie Ĺźart. Chcesz się zmienić w mielonego?


– To nie byłoby zbyt zabawne… Choć Nygglatho pewnie by się spodobało. Tak czy owak, nie musisz się martwić. Pospiesz się i pokaĹź na co cię stać.


– …cóş, jeśli tak mĂłwisz.


Jak o tym teraz pomyślała, zauwaĹźyła, Ĺźe to nie pierwszy raz, kiedy Willem opowiadał jakieś absurdy. Dodatkowo musiała zasięgnąć informacji na temat małej drzemki chłopaka z Nephren.  Zastraszenie go swoją sprawnością w walce przed zadaniem pytań nie było wcale takim złym pomysłem.


Wyczuwając, Ĺźe uĹźytkownik przyjął postawę do walki, Seniorious wydał cichy, skrzypiący dĹşwięk. Liczne, niewielkie pęknięcia biegnące przez ostrze poszerzyły się w bruzdy, z ktĂłrych rozlało się lekkie światło, manifestacja Toksyny. Skład i wewnętrzna obrĂłbka Wydobytych Broni nie była zbyt dobrze rozumiana przez armię. JednakĹźe wiedzieli, Ĺźe miecze zdawały się rosnąć w siłę proporcjonalnie do ilości wlanej w nie przez dzierżącego Toksyny; jeśli Leprekaun dawał z siebie wszystko, nawet Teimerre nie była zdolna oprzeć się takiej sile. I to wszystko, co musieli wiedzieć.


– Sam się o to prosisz… Tylko potem tego nie Ĺźałuj.


Poprawiona zdolność koncentracji całkowicie przekształciła jej pole widzenia. Z otoczenia zniknęły kolory, a jej akcje zdawały się dziać w zwolnionym tempie, tak jakby poruszała się w wodzie. Musiała przebyć dystans dwudziestu krokĂłw, lecz w obecnym stanie wystarczyłyby dwa kroki. Siła jej stąpnięć stworzy prawdopodobnie małe dziury w ziemi, ale nie miała teraz czasu, by się tym przejmować.


Chłopak wciąż wyglądał na nieprzygotowanego. Byłby to całkowicie atak z zaskoczenia. Wycelowała w masowo produkowaną Wydobytą Broń trzymaną luĹşno na czubku jego prawej ręki. Jeśli wysłałaby tę rzecz w powietrze, gra skończyłaby się jeszcze przed tym, jak zaczęliby się wzajemnie ranić.


Odległość między nimi zmniejszała się gwałtownie. Prawe ramię Willema wkroczyło w zasięg Senioriousa. Nikt nie mĂłgł nadążyć za Leprekaunem poruszającym się z taką prędkością, wliczając w to oczywiście jej obecnego przeciwnika. Nie miałby szans uniknąć, ani skontrować tego ataku.


— Chtholly została cięta.


…
co? Ostrze wgryzło się w nią z lewej i cięło ukośnie aĹź do jej prawego barku, miaĹźdżąc po drodze kilka Ĺźeber. Srebrna końcĂłwka miecza rozerwała jej płuca i wreszcie zatopiła się w sercu. Spotęgowane zmysły pozwoliły jej precyzyjnie określić stan swoich ran. Szkarłatna krew zaczęła tryskać, wykreślając w powietrzu jaskrawy łuk na tle niebieskiego nieba. Czuła zbliĹźającą się śmierć.


Dlaczego… Nie moĹźe być… Jak…
KrĂłtkie myśli pojawiały się sporadycznie w jej głowie, jedynie po to, by po chwili zniknąć. Przygotowała się na Ĺ›mierć, ale nie oczekiwała jej tutaj. ZbliĹźająca się pustka przeraziła ją. Jej oczy widziały jedynie płynące w nieskończoność, ciemnoniebieskie niebo.


Plecy Chtholly uderzyły o ziemię, co spowodowało wydobycie się z jej płuc pisku zgniatanego kota.


– … co?


LeĹźała z szeroko rozłoĹźonymi rękoma i nogami, patrząc w gĂłrę. Oszołomiona na kilka sekund, czekała na nieuchronnie zbliĹźającą się śmierć. Koniec końcĂłw zauwaĹźyła, Ĺźe coś jest nie tak. OstroĹźnie ruszając ręką poklepała swĂłj bok, gdzie uderzył ją początkowo miecz. Nie było Ĺźadnej rany. Nie wytrysnęła Ĺźadna krew. Nie było bĂłlu. Nie było ani strzępka śladu ogromnej przemocy, ktĂłra właśnie ją spotkała.


– Co… się właśnie stało?


Powoli usiadła. Seniorious, ktĂłrego najwyraĹşniej w pewnym momencie upuściła, leĹźał na ziemi obok niej.


– Ĺšle zrozumieliście podstawy KaliyonĂłw.


Dziewczyna spanikowała i odwrĂłciła się na dĹşwięk głosu Willema. Czarnowłosy, młody mężczyzna stał sobie leniwie bez Ĺźadnych oznak wyczerpania.


– Nie zmieniają one siły w odpowiedzi na ilość Toksyny uĹźytkownika. Potrafisz sobie wyobrazić, Ĺźe bronie wykuwane po to, by pomĂłc przeraĹźająco słabym, praktycznie nie posiadającym Toksyny Emnetwytom, pokonywać niezwykle silne elfy czy smoki, podnosiłyby siłę tych słabeuszy jedynie troszeczkę?


Chłopak zaczął o czymś paplać. Chtholly poczuła się nagle bardzo nim zirytowana, nie wiedziała nawet dlaczego. Coś w jej głowie zdawało się mĂłwić, Ĺźe juĹź dłuĹźej nie moĹźe słuchać jego przemowy.


Skupiła się. Ponownie jej pole widzenia zaczęło się zmieniać. Rzucając się do przodu, chwyciła Senioriousa z ziemi i utrzymując swoje ciało nisko, ruszyła w kierunku swojego przeciwnika. Nie widziała ataku, ktĂłry przed chwilą ją trafił, lecz wywnioskowała, Ĺźe musiała to być jakaś technika wykorzystująca jej własny pęd. Zaślepiona przewagą płynącą z moĹźliwości aktywacji Wydobytej Broni i uzyskania przyspieszonych zmysłów, nawet nie rozwaĹźała wcześniej takiej moĹźliwości. Willem uderzył precyzyjnie w ten martwy punkt, ktĂłry odsłoniła przez własne zaniedbanie. Fałszywa śmierć, ktĂłrą widziała, nie była jedynie urojeniem, lecz raczej prawdziwą przyszłością, ktĂłra spotkałaby dziewczynę, gdyby ten zakończył swĂłj cios. Nie miała wyboru. Musiała przyznać, Ĺźe z jakiegoś dziwnego powodu, potrafił posługiwać się mieczem.


JednakĹźe nie chciała uznać innych rzeczy. Nie mogła odrzucić stylu walki Wydobytą Bronią, uĹźywanego przez wróşki, ktĂłrego trzymała się kurczowo przez tak długi czas. W tej chwili jej ciało poruszało się z większą łatwością niĹź normalnie. Ku jej rozczarowaniu, masaĹź chłopaka mĂłgł odegrać w tym jakąś rolę. Niemniej jednak była wdzięczna. Napędzana Toksyną, dwoma krokami przebyła dystans, ktĂłry normalnie byłby długości około dziesięciu. Zatrzymując się nagle tuĹź przed zasięgiem ostrza młodzieńca, celowo poczekała ułamek sekundy, by wybić go z rytmu, a następnie skoczyła w powietrze. Srebrny miecz w jej prawej dłoni wymierzony był w ramię, lecz prawdziwym atakiem będzie kopnięcie lewą nogą prosto w jego bok. Jeśli trafi, wzmocniony przez Toksynę cios prawdopodobnie powali Willema. Musiała posunąć się tak daleko, inaczej nie zrozumie.


Zrozumie czego?


Momentalnie w jej głowie pojawiła się wątpliwość, ktĂłrą natychmiast odrzuciła. Tym razem mogła zauwaĹźyć ruchy chłopaka. RozluĹşniony, podniĂłsł swĂłj miecz i sparował nadchodzące od Senioriousa uderzenie. To na chwilę wybiło Chtholly z rytmu, dając przeciwnikowi okazję do pokierowania swojej lewej dłoni w jej bok.


Wszystko stało się chaotyczne. Ciało dziewczyny skręciło się, a następnie obrĂłciło lecąc w powietrzu.


C-co!?


Jeszcze raz bezchmurne, jesienne niebo wypełniło jej pole widzenia. JednakĹźe tym razem nie wyglądało na to, by umierała. Wyciągnęła lewą rękę i za pomocą siły wyhamowała, uĹźywając swoich palcĂłw. Czuła, jakby paznokcie wbijające się w ziemię miały się zaraz zerwać. Zdołała jednak utrzymać rĂłwnowagę.


– Łał… Ładnie.


Jego zaskoczony głos tylko jeszcze bardziej ją zdenerwował. To ona była tutaj tą zaskoczoną.


– … jak to zrobiłeś? – zapytała głosem drżącym z frustracji.


– Hm? Co? – odpowiedział nonszalancko.


Wyglądało na to, Ĺźe wiedział, iĹź ma dla niego w zapasie wiele pytań. Chtholly, straciwszy motywację do prĂłbowania kolejnych atakĂłw z zaskoczenia, zaczęła spacerować w jego kierunku i od niechcenia machnęła Senioriousem. Willem spokojnie przytrzymał w gĂłrze swĂłj miecz, blokując uderzenie. Mogła zauwaĹźyć światło wypływające ze szczelin jego ostrza.


– NiewaĹźne jak mocno się staram, nie widzę Ĺźadnych śladĂłw Toksyny wypływającej z twojego ciała. Lecz ta broń jest z pewnością aktywowana. Co to za pogwałcenie zasad?


– Byłem w trakcie tłumaczenia, kiedy postanowiłaś sprĂłbować mnie zabić… Kaliyon został zaprojektowany, by uĹźytkować moc kogokolwiek, kogo dotknie jego ostrze, a nie moc uĹźytkownika. Im silniejszy przeciwnik, tym bardziej potężny miecz. To dlatego mogły być uĹźywane do unicestwiania smokĂłw i bogĂłw. Tym razem mĂłj Percival w pewnym sensie skopiował całą tą Toksynę, ktĂłrą zapaliłaś do aktywacji Senioriousa. A więc…


Chtholly poczuła dreszcz na plecach. Nadchodził atak. Jej ciało instynktownie rzuciło się do tyłu z całą mocą, przyspieszając jej zmysły i wysysając barwy z jej pola widzenia. Po tym błyskawicznym uniku straciła rĂłwnowagę i skończyła na ziemi.


Nie była w stanie stwierdzić czy był to prawidłowy ruch, poniewaĹź Willem nie poruszył się nawet o centymetr. Pozostał w takiej samej postawie, leniwie wyciągając swĂłj miecz, z wyrazem lekkiego podziwu na twarzy jako jedyną rzeczą, ktĂłra się zmieniła.


– Twoje ciało i myśli zdają się poruszać dobrze. Toksyna musi robić swoją robotę. Dodatkowo masz dobrą spostrzegawczość. JednakĹźe mogłabyś poprawić swoją strategię, choć nie jest to niezbędne do walk, ktĂłre prowadzisz. W dodatku dalej masz moĹźliwość wpadnięcia w szał, co? … Rozumiem. Nie dziwota, Ĺźe byłaś w stanie stawiać czoła Bestiom aĹź do teraz.


Chłopak odrzucił broń trzymaną w swojej prawej dłoni. Dziewczyna, wciąż uwaĹźając na kolejne sztuczki, wstała i zmarszczyła brwi. Lecz on po prostu dalej mĂłwił.


– UlĹźyło mi. Jesteś silna, a do tego wciąż moĹźesz się rozwinąć. Więc… Dlatego… musisz wrĂłcić do domu. – Koniec zdania młodzieniec wypowiedział niemal szeptem.


Jego ciało lekko zadrĹźało, a potem runął na ziemię twarzą do gĂłry, wzbijając w powietrze chmurę pyłu. Wciąż była czujna. OstroĹźnie spoglądała na jego miecz leżący na ziemi, dwie nogi wystawione w jej stronę, ręce rozłoĹźone szeroko jak gdyby do objęcia nieba, martwe oczy wpatrzone w gĂłrę… Martwe?


Jak tylko błękitnowłosa zauwaĹźyła, Ĺźe coś jest nie tak, Nephren podeszła, by sprawdzić jego bicie serca i puls.


– Ach. – Nie brzmiała na zbyt zaskoczoną.


– C-co się stało? – zapytała Chtholly, wciąż pozostając w pogotowiu. Wielokrotnie ją zaskakiwał, więc nie mogła się teraz wahać. Przynajmniej to sobie wmawiała, gdy w dalszym ciągu trzymała się Senioriousa.


– Jest prawie martwy – westchnęła Ren.


– … co?

 

 

<< Poprzednia część

Kolejna część >>