Rozdział 4: Ścieżki ciemności


Rozdział 4: Ścieżki ciemności

 

 

 

Skoro nazywają to kopalniami, zapewne są tutaj tunele wykopane w głąb gĂłry, gdzie będzie panował mrok. To były myśli Haruhiro, lecz szybko zostały one zweryfikowane.


Kwiaty.


Kwitnące tu i Ăłwdzie.


Nie były to zwykłe rośliny. Dawały szmaragdowy blask. Zgodnie z tym, co mĂłwiła Merry, nazywane były “błyskotkami”.


Przyglądając się bliĹźej moĹźna było zauwaĹźyć, Ĺźe nie były to typowe kwiaty, lecz po prostu rośliny złoĹźone z mchu. Nie miało to jednak wielkiego znaczenia, bo dzięki nim tunele nie były tak ciemne. Nie były teĹź oczywiście jasne, ale przynajmniej przez większość czasu mogli dostrzec, co się wokół nich dzieje.


– Wiecie, to— powiedział Ranta, podnosząc jedną z błyskotek i,
co mu siedzi w głowie? wkładając ją do ust. Natychmiast ją wypluł. – Jakie okropne. Gorzkie. Prawie zwymiotowałem. Nie moĹźna tego zjeść. Ugh. Fuj. Bleh, bleh, bleh.


– …Co ty robisz? – westchnął Haruhiro.


– Co? – Wytarł usta. – Oczywiście prĂłbowałem to zjeść.


– Dlaczego chciałeś to zjeść…?


– Nie kumasz? Wszyscy mieli zły humor odkąd tutaj weszliśmy, więc prĂłbowałem rozluĹşnić atmosferę.


– Nie ma szans, by to pomogło, a nastrĂłj jest całkowicie normalny. A jeśli jest zły, to prawdopodobnie twoja wina – odpowiedział.


– Co? Nie pieprz głupot. Dlaczego miałaby to być moja wina? Nie zwalaj wszystkiego na innych.


– Daj spokĂłj, Haru. – Yume pociągnęła go za rękaw. – Ranta nikogo nie słucha. PrĂłba rozmowy z nim to tylko strata czasu.


– Masz rację. – Przytaknął.


– …Chwila! Moment! Hej! – zaprotestował chłopak.


– Powinniśmy być cicho. – Merry posłała mu wymowne spojrzenie. – Jesteśmy na terenie wroga.


Ranta uniĂłsł brwi i się skrzywił. Wyglądało to okropnie.


– Tak, tak, tak, tak. Muszę być tylko cicho, tak? Naprawdę cicho. Wy teĹź się zamknijcie. Ani słowa. Kumacie?


– …Jak dziecko – wyszeptała Shihoru.


– Co powiedziałaś…? – Ĺťyła wyskoczyła na jego czole.


– Przestańcie! – krzyknął Haruhiro, choć nie chciał tego robić. – Nie przyszliśmy tu się bawić. Jeśli coś pĂłjdzie nie tak, ktoś moĹźe umrzeć.


Ranta zwrĂłcił głowę do boku.


– …Wiem. Nie trudno zauwaĹźyć. Nie musisz mi tego mĂłwić.


– Naprawdę rozumiesz…? – zapytał go ostro.


Straszliwie mnie wkurza. Jestem tak zły, Ĺźe nie wiem co robić.


Czy to w porządku?
zastanawiał się Haruhiro. Czy moĹźe być w naszej druĹźynie, jeśli się tak zachowuje?


Jakby się tak zastanowić, nie lepiej byłoby dla nas wszystkich, gdyby odszedł? To nie tak, Ĺźe nie mogę na niego liczyć, Ĺźe nie jest przydatny, ale… ciągle sprawia jakieś problemy. Irytuje nas wszystkich. Jest ĹşrĂłdłem stresu. Czy ma więcej wad niĹź zalet? Tylko nam zawadza?


Chyba nie powinienem teraz o tym myśleć. To zła pora. Jednak jeśli teraz tak myślę, kiedy podejmę jakąkolwiek decyzję?


W dalszym ciągu szli w dół tunelu, gdzie znaleĹşli grupkę trzech mniejszych koboldĂłw. Przeciwnicy wyglądali na przeraĹźonych, lecz nie uciekli. Nie było więc wyboru, musieli z nimi walczyć. Gdy Moguzo pozbył się pierwszego, a Ranta załatwił drugiego, ostatni z nich nagle zwiał.


Biegały one w bardzo specyficzny sposĂłb. Zazwyczaj przemieszczały się na dwĂłch tylnych łapach, lecz ten uĹźył rĂłwnieĹź przedniej, w ktĂłrej nie trzymał broni. Dzięki temu był dosyć szybki. Mieli problem, by go dogonić, a prĂłba ta przyniosła im kolejne zmartwienie. Gdyby inne koboldy zaatakowały ich w trakcie pościgu, mieliby powaĹźne kłopoty. Na szczęście tak się nie stało, jednak od tego momentu musieli pamiętać, jak szybko potrafią zwiewać ich przeciwnicy.


Wiele rzeczy jest niepewnych. Po prostu musimy przyzwyczaić się do koboldĂłw tak samo, jak było to z goblinami,
pomyślał. Potrzebne nam doświadczenie.


– Kopania Cyrene ma ponad dziesięć poziomĂłw— Echo głosu Merry roznosiło się po tunelu, tak jakby sączyło się w ich serca. – Ĺťyły rudy na pierwszym poziomie zostały juĹź dawno wyczerpane. Tak naprawdę są tutaj tylko błyskotki, więc Ĺźyją tu jedynie mniejsze koboldy o nikłym statusie społecznym. MoĹźna było tu znaleźć pionowy szyb, lecz został zawalony. Obecnie jedynym sposobem na dostanie się na drugi poziom jest schodzenie przez studnie.


– Studnie…? – zapytała Shihoru.


– Tak – odpowiedziała Merry, przytakując. – Studnie. Ochotnicy nazywają tak te pionowe dziury. Od trzeciego poziomu w dół są takĹźe szyby z windami, lecz i tak przede wszystkim uĹźywa się studni.


– Hmm – odezwał się Moguzo. – Czy to dlatego, Ĺźe są dobrze chronione…?


– Owszem. Co do koboldĂłw, mamy trzy typy: mniejsze, normalne i starsze, ktĂłre są większe od pozostałych. Jedynie one mogą swobodnie uĹźywać wind. Zwykłe koboldy mogą ich uĹźywać tylko wtedy, gdy uzyskają zgodę lub taki rozkaz.


– Brzmi jakby były strasznie władcze – powiedziała Yume. Prawdopodobnie współczuła pozostałym.


Merry jedynie lekko się uśmiechnęła.


– Liderzy rządzą pozostałymi, normalne są robotnikami, zaś mniejsze nie są nawet uznawane za niezaleĹźne. Drugi poziom to przestrzeń Ĺźyciowa dla niĹźszych robotnikĂłw i pracownikĂłw o najniĹźszym statusie, więc dopiero tam cokolwiek się zacznie.


– Więc wszystko przed nami? – Haruhiro zwilĹźył usta językiem.


Zatrzymali się przed otwartą, pionową dziurą.


Studnia.


Miała średnicę jakichś trzech metrĂłw. Trochę nieregularna, lecz sam otwĂłr był niemal okrągły. Były do niej przyczepione cztery sznurowe drabiny.


Idziemy? Czy nie?


Gdy Haruhiro przełykał ślinę i męczył się z tym pytaniem, Ranta zaczął schodzić na dół.


– Czekaj, nie za szybko…?


– Co? – ZmruĹźył oczy. – Dawajcie, ruszcie tyłki. Zaszliśmy tak daleko i mamy teraz wracać? Ĺťartujesz sobie? Nie ma takiej opcji. Idziemy, pajace. Zostawię was z tyłu, kumacie?


– W sumie to chyba zostawiłbym cię tam… – wymamrotał Haruhiro.


– Tylko sprĂłbuj, a zginiesz. Zabiję cię.


No cóş, to chyba nie ma wyjścia.
Także zaczął schodzić.


Drugi poziom wyglądał trochę inaczej niĹź pierwszy. Oczywiście były to teĹź kopalnie, lecz w Ĺ›cianach znajdowała się masa wykopanych otworĂłw, w ktĂłrych znajdowały się pomieszczenia przypominające siedziby… a raczej nory. Nie tylko na takie wyglądały, po prostu od razu moĹźna było dostrzec, Ĺźe właśnie tym są.


Jako dowĂłd Haruhiro zajrzał do jednej z nich, gdzie zobaczył chrapiące koboldy. To trochę go zaskoczyło.


– …Nie będziemy mieli kłopotĂłw, jeśli się obudzą? Jest ich sporo nawet w tej jednej dziurze…


Gdy tylko to powiedział, usłyszał w oddali warczenie przywodzące na myśl psy. Kłóciły się między sobą. Tak przynajmniej brzmiały te odgłosy.


Walczą ze sobą?
zastanawiał się.


Warczenie szybko ucichło, lecz z innej strony usłyszał kolejne ujadanie.


– Dosyć głośno, co? – Yume nie wyglądała wcale na przeraĹźoną.


– …MoĹźe… – Shihoru przyczepiła się do niej, trzęsąc się. – …MoĹźe powinniśmy zawrĂłcić…?


– Wszystko w porządku – powiedziała spokojnie Merry. – Zawsze są tak głośno, więc kiedy niĹźsi robotnicy śpią, nie obudzą się, pĂłki nie stanie się naprawdę coś wielkiego. Nawet jeśli urządzimy tutaj jakąś scenę, rzadko zbiegają się w duĹźej liczbie.


– Och… – westchnął Moguzo.


– Lecz to działa jedynie na tym poziomie – zaśmiała się cicho. – Na trzecim znajdują się juĹź starsze. Z nimi powinniśmy być ostroĹźni. Dodatkowo jest jeden, zwany Plamami Śmierci.


Kiedy usłyszeli tę nazwę, nie tylko twarz Haruhiro zesztywniała. Stało się to nawet z Rantą.


Najwidoczniej był duĹźo większy od przeciętnego starszego. Posiadał czarne futro w białe cętki. Ten wyjątkowo bezwzględny super-kobold przechadzał się po kopalni z małą grupką sługusĂłw.


“Plamy” z jego nazwy wzięły się od jego cętek, zaś “Śmierci” jak moĹźna się domyślić od liczby zabitych przez niego ochotnikĂłw. WśrĂłd jego ofiar znajdowali się dawni towarzysze Merry.


Merry prawdopodobnie czuła, Ĺźe musi go zabić, by pomścić swoich przyjaciół. Gdyby ktoś go zgładził, ludzie na pewno by o tym mĂłwili. Skoro nie krążyły nigdzie takie plotki, z pewnością dalej Ĺźył.


– Podobno czasami pojawia się nawet na pierwszym poziomie. – Jej ton wcale się nie zmienił. To było dziwne.


Czy nie udaje tylko spokojnej?
Haruhiro nie potrafił powstrzymać się od takich myśli.


– Nie było Ĺźadnych rzetelnych informacji, Ĺźe był tutaj widziany, więc myślę, Ĺźe na razie nie musimy się tym przejmować – dodała. – Jednak poniĹźej drugiego poziomu sprawy mają się inaczej. Musicie o nim cały czas pamiętać. Jeśli tylko nas zauwaĹźy, musimy zwiewać, albo—


– To. – Ranta uśmiechnął się szeroko i przeciągnął palcem po swojej szyi. – Właśnie to z nami się stanie, racja?


– O matko! – Yume kuksnęła go w ramię.


– Ał. No co?


– Jak moĹźesz być tak cholernie nietaktowny?!


– Co? Niby w jaki sposĂłb? Nie sądzę, Ĺźe znajdziesz tutaj bardziej taktowną osobę ode mnie.


– Wymyśl nim coś powiesz!


– …Yume, miałaś na myśli “pomyśl nim coś powiesz”? – Haruhiro ją poprawił, lecz wyglądało na to, Ĺźe przerwał jej w połowie, więc trochę tego poĹźałował.


Odchrząknął głośno, a następnie spojrzał na Merry.
Wygląda, jakby było z nią wszystko w porządku. Tego właśnie oczekiwałem, ale nie wiem jak jest naprawdę. Wygląda na taką, ktĂłra zamyka wszystkie uczucia w sobie. Martwię się.


– Dobra, Ranta, zamknij się na chwilę – powiedział do niego. – Jeśli masz zamiar coś powiedzieć, niech będzie to coś sensownego.


– Dobra, to mam pewną propozycję. – Ranta wskazał brodą jedną z dziur, gdzie spały koboldy. – Twardo śpią, tak? Czemu więc ich nie zabijemy? Łatwy łup, szybko i bez problemu.


Haruhiro przez chwilę stał oniemiały.


– …Jesteś demonem?


– Tch, tch, tch. – Chłopak machał swoich palcem wskazującym, klikając językiem. – Nie jestem demonem. Jestem rycerzem ciemności, mrocznym rycerzem. Łapiesz? Służę Bogu Ciemności Skullhellowi. “Wszyscy są rĂłwni wobec śmierci”. To część naszej filozofii.
Vice, ktĂłre tak cenimy, to po prostu przeciwieństwo pustych frazesĂłw, ktĂłre nazywacie sumieniem i zdrowym rozsądkiem. Ich przeciwieństwo. To waĹźne, dlatego powiem to jeszcze raz: ich przeciwieństwo… No wiecie, kiedyś wszystkich nas zabierze śmierć, więc czy nie jest to głupie? Bycie przywiązanym do tego wszystkiego? Jeśli jest jakaś rzecz, ktĂłra powinna nami kierować, są to nasze pragnienia. Nasze instynkty, impulsy, rzeczy tego typu. I tak na końcu czeka na na Ĺ›mierć. Rozumiesz?


– Ani trochę, nawet nie chcę prĂłbować.


– Haruhirooooo. Powinieneś trochę więcej potrenować. Ten twĂłj ptasi móşdĹźek. Nie moĹźesz być liderem, jeśli tak mało rozumiesz. Ostrzegam cię z całej dobroci mojego serca, łapiesz?


…Wow. Co powinienem zrobić? Co teraz zrobić? Mam chęć, by go uderzyć.


Czy Ranta skończył w taki sposĂłb, poniewaĹź jego umysł został zatruty przez mrocznych rycerzy? To musiało być coś więcej. Koniec końcĂłw miał być wojownikiem, lecz zrezygnował z tej Ĺ›cieĹźki, by zostać mrocznym rycerzem. Wojownicy byli niezastąpieni, więc sam zgłosił się do tej roli. Prawdopodobnie myślał, Ĺźe są fajniejsi, albo z innego rĂłwnie głupiego powodu, lecz nie mĂłwiąc nic nikomu zaczął szkolić się na mrocznego rycerza. Zawsze był samolubnym i nierozsądnym gościem. Taką ma osobowość. To jego natura.


On nigdy się nie poprawi. Nie zmieni się. Zawsze taki będzie. Czy jestem w stanie dalej pracować z takim gościem? Będąc szczerym, wcale nie jestem tego taki pewny.


Czy powinienem być tego pewny? Dla niego?


To nie jest coś, o czym powinienem decydować tu i teraz. Wiem o tym. Gdybym jednak teraz powiedział “juĹź ciebie nie potrzebujemy, narka” i wyrzucił go z druĹźyny, czułbym się, jakbym spadł na ten sam poziom co on.


– Twoja propozycja została odrzucona. Nie sądzę, byśmy musieli nawet głosować – powiedział Haruhiro.


Wszyscy przytaknęli. Wszyscy oprócz Ranty.


– Pft. Jasne, tak właśnie myślałem.


– Więc po co o tym wspomniałeś…


– Staram się rzucać pomysły, na ktĂłre sami byście nigdy nie wpadli. Nie rozumiesz tego? Z mojej ojcowskiej miłości.


– Jakim ty ojcem niby jesteś? – jęknął tylko chłopak.


Nie potrafię się z nim dogadać. Albo w ogĂłle nie powinienem.


Brnęli dalej przez drugi poziom. Od trzeciego dzieliło ich najwidoczniej pięć studni. Zmierzali do jednej z nich, gdy—


Wracają z pracy?


—wpadli na grupkę niĹźszych robotnikĂłw z kilofami i Ĺ‚opatami. CzwĂłrka.


– Czterech… to duĹźo! – Odruchowo dĹşgnął jednego z nich. Ten jednak machnął łopatą, by zablokować sztylet Haruhiro. Błyskawicznie przeszedł do ataku.


Łopata. Łopata. Łopata. Tuman ciosów łopatą.


Odepchnięcie. Odepchnięcie. Odepchnięcie. Odpowiedział umiejętnością złodzieja do walki, ktĂłra brała za cel broń i odpychała jej ciosy.


Niszczy mĂłj sztylet, nie chcę jej uĹźywać zbyt często, ale chyba nie czas na to by o tym teraz myśleć. Co z innymi? Wygląda na to, Ĺźe kaĹźdy walczy z jednym. Moguzo, Ranta i Yume.


Impas trwał kilka sekund.


– Ohm, rel, ect, vel, darsh…!


Vwong.
Shihoru uderzyła Tętentem Cieni przeciwnika Moguzo. Jego ciało popadło w konwulsje, dzięki czemu przez chwilę był bezbronny.


– Dzięki…! – Nie przegapił takiej okazji.


Szaleńczy Atak, znany także jako Cięcie Dziękczynne.


Haruhiro nie miał pojęcia, jak bardzo rozwinął się w tym czasie, lecz szermierka Moguzo była zdecydowanie bardziej precyzyjna i płynna. Plasnięcie. Kobold został zgnieciony.


Natychmiast poszedł pomóc Yume.


Dobrze. Uda nam się—


Coś wpadło na plecy Haruhiro.


– Hę?! Haruhiro, cholera! – krzyknął Ranta.


– To ty? Patrz gdzie leziesz—


– MĂłgłbym powiedzieć to samo!


– Przepraszam!


– Tylko się popraw!


Narzeka na wszystko, wkurza mnie tym. Nawet jeśli przepraszam. Jaki jest jego problem?


– Dzięki! – Moguzo ściął kolejnego Cięciem Dziękczynnym.


Razem z Yume nie byli juĹź związani walką.


– U mnie wporzo! Poradzę sobie! Pomóşcie tamtemu głupkowi! – krzyknął Ranta.


– Kogo nazywasz głupkiem?!


Dajcie mi w końcu święty spokĂłj. Mam tego gość. Po prostu nie wierzę. Jesteś najgorszy. Najgorszy.


Haruhiro poczuł krew napływającą mu do głowy, ale stracił nad tym kontrolę. Moguzo i Yume nadchodzili. NiĹźszy robotnik odwrĂłcił się w ich stronę.


Tył. Mogę się tam dostać. Teraz.


– DĹşgnięcie od Tyłu…!


Nie trafiłem zbyt dobrze. Kość. Ostrze otarło się o kość.


Cmoknął językiem i odskoczył. Kobold wyglądał na zmartwionego swoją raną na plecach i przyjął niejednoznaczną pozycję. MĂłgł odwrĂłcić się w kaĹźdej chwili.


– Dzięki…! – W tym właśnie momencie zaatakował Moguzo.


To jego trzeci.


Cięcie Dziękczynne trafiło ponownie, z zabĂłjczą skutecznością. Prawe ramię niĹźszego robotnika wyglądało tak, jakby przed chwilą wybuchło.


– Moguzo, jesteś niesamowity! – krzyknęła Yume radośnie.


Miała rację.


Był silny, lecz niezbyt mądry. NiektĂłrzy pewnie mieli go za powolnego i głupiego, jednak w istocie był powaĹźny i zdeterminowany. Nawet kiedy przyjmował ciosy przeciwnikĂłw na swĂłj półtorak czy zbroję, ciągle wypatrywał szansy na kontratak. W innym wypadku blokował miecze z wrogiem i uĹźywał umiejętności Natarcie albo czystej siły, by osłabić przeciwnika i złamać jego pozycję. Wtedy wykańczał go Cięciem Dziękczynnym.


Nie posiadał zbyt wielu wariacji co do metod walki, lecz przez powtarzanie tych samych ruchĂłw do znudzenia dopracował je niemal do perfekcji. Zdecydowanie był członkiem druĹźyny, ktĂłry rozwinął się najbardziej.


– Dystans…! – Ranta odskoczył do tyłu tak szybko, jakby miał zaraz wzlecieć w powietrze.


Niczym wciągnięty, kobold ruszył za nim.


– Gniew…! – Wysunął swoje ostrze.


Przeciwnik zaskowyczał, przekręcając się i unikając ostrza, więc chłopak wycofał się jeszcze bardziej.


– Dystans…!


Niczym wciągnięty, kobold… nie ruszył się.


Oczywiście, Ĺźe za nim nie pĂłjdzie. Nie jest taki głupi.


– Cholera! Dobra! – Ranta skoczył do przodu, tnąc mieczem po skosie. – Zawiść…!


Słychać było szczęk i dzwonienie, gdy kobold odbił cios chłopaka swoim kilofem.


Ranta zrobił dwa, trzy kroki w tył i wypuścił powietrze.


– Nie jesteś taki zły. Jak na kundla. Uznam cię za godnego przeciwnika…!


Przeciwnik obnażył swoje kły.


– Grrrrr…!


– Oh… – szepnęła bez zainteresowania Shihoru – godny przeciwnik, tak…?


– Chodzi o moje uczucia! – krzyknął ze złością Loczek.


Jakie uczucia?
Haruhiro nie potrafił powstrzymać się od takich myśli, lecz nie otworzył ust. Stwierdził, Ĺźe powiedzenie czegokolwiek więcej byłoby głupie.


– Ale! Następny cios cię zabije! – Skoczył w kierunku niĹźszego robotnika. – Gniew…!


Skomląc, uniknął ataku i skontrował.


Ranta uciekł. To był Dystans.


Unik. Pudło.


Zawiść. Dystans.


Gniew. Dystans.


Gniew, a potem Dystans.


Zawiść, a następnie Dystans.


Gniew. Dystans.


Zawiść. Dystans.


Zawiść. Dystans.


Gniew. Dystans.


Dystans.


Dystans. Dystans.


Dystans, Dystans, Dystans.


– …Hahh, hahh, hahh, hahh. – Ranta sapał. Nie mogło być inaczej. Po takiej serii umiejętności, ktĂłre wymagały sporo ruchu, nie było szans, by nie był zmęczony.


– Czy nie powinniśmy mu pomĂłc…? – zapytała Merry i spojrzała na Haruhiro.


Przekrwione oczy Ranty rozszerzyły się.


– Nie potrzebuję waszej pomocy! Ten gość to mĂłj przeciwnik! Moja ofiara! Ja go zabiję! Ja! Jak powiem, Ĺźe coś zrobię, to to zrobię! MoĹźecie iść sobie sączyć herbatkę czy coś!


Czemu musi brać to tak na powaĹźnie?
Haruhiro kompletnie tego nie rozumiał. Prawdopodobnie nawet gdyby rozmyślał nad tym pięć stuleci, do niczego by nie doszedł.


– Nie mamy Ĺźadnej herbaty…!


– To była metafora, cholera! Zawiść…!


Kobold zaskomlał z bĂłlu.


W końcu go zadrapał.


Przeciwnik wycofywał się.


Ranta zadał serię szybkich ciosów.


– Ĺťryj to, i to, i to, i to…!


Przy kaĹźdym ciosie wrĂłg wył z bĂłlu.


Chłopak tak naprawdę nie ciął go, lecz tłukł. Kobold musiał być kompletnie wycieńczony. Nie mĂłgł unikać. Po ostatnim cięciu w głowę zawył i upadł.


– Zdychaj…! – Wbił ostrze swojego miecza w klatkę piersiową leżącego przeciwnika, przekręcając je soczyście przed wyjęciem. – Uff…


Gdy wycierał swoje czoło z wyrazem twarzy mĂłwiącym “dzień jak co dzień”, było to naprawdę odpychające. Haruhiro był tym zraĹźony. I nie tylko tym.


Potrząsnął lekko głową.
Nie wiem…


Serio, co mam zrobić? Wiem, Ĺźe teraz nie jest na to pora.


– …Cóş, zbieramy łup i idziemy dalej? – zapytał zatem.


– To wszystko co masz do powiedzenia?! Powinieneś coś wymyślić! Na przykład “dobra robota” albo â€œnigdy czegoś takiego nie widziałem, Ranta” albo â€œto było świetne, Ranta” albo â€œfantastycznie, paniczu Ranta”!


– Tak, jasne.


– Spadaj!


Ignorując go, Haruhiro zabrał się za zbieranie talizmanĂłw ze zwłok niĹźszych robotnikĂłw. W porĂłwnaniu do mniejszych koboldĂłw, te miały coś, co wyglądało na kamienie szlachetne obsadzone w kolczykach i pierścieniach na nosach.
Wyglądają jakby były trochę warte.


Ranta bez powodu przysporzył sobie problemĂłw, lecz pokonanie czterech niĹźszych robotnikĂłw było sukcesem. Kontynuowali wędrĂłwkę do studni.


Dotarcie do tej prowadzącej na trzeci poziom, wliczając w to zdarzenia losowe po drodze, zajęło im jakieś trzydzieści minut.


Po zabiciu trzech niĹźszych robotnikĂłw, ktĂłrzy akurat wychodzili ze studni, zaczęli rozmawiać o tym, co powinni dalej zrobić.


– Co robimy? Wiadomo, Ĺźe schodzimy dalej, racja? – zapytał Ranta.


W mgnieniu oka pozostała piątka doszła do porozumienia.


– Na dzisiaj wystarczy, wracamy – powiedział Haruhiro. – Mamy jeszcze drogę powrotną. Dodatkowo mam wraĹźenie, Ĺźe jesteśmy przyzwyczajeni do tego miejsca, kiedy tak naprawdę tak nie jest. Powinniśmy się zresetować, oczyścić głowy i wrĂłcić tutaj jutro.


Oczywiście Ranta ostro sprzeciwiał się tej decyzji, lecz Haruhiro wcale się tym nie przejmował.


—Zdecydowanie, co z tobą zrobić, jest największym problemem.

 

 

 

<<Poprzedni rozdział

Kolejny rozdział >>