Rozdział 3: Ofiary nawyków


Rozdział 3: Ofiary nawyków

 

 

 

– …O, rany, rany, rany. Choleraaaa. Co się tutaj odwala…? – wymamrotał Ranta, wciskając się plecami w Ĺ›cianę. Miał na głowie swĂłj hełm garnczkowy w kształcie wiadra.


Nie tylko Ranta; Haruhiro i pozostali z druĹźyny takĹźe przykleili się do Ĺ›ciany.


– Co to znaczy…? – Haruhiro spojrzał na Merry, ktĂłra stała obok niego.


– TeĹź nie wiem. – Pokręciła lekko głową.


– DuĹźo gobusiĂłw… – szepnęła Yume.


– T-tak… – Moguzo cofnął się trochę ze swoim duĹźym cielskiem. DrĹźał lekko.


Shihoru zamknęła oczy, mocno ściskając swoją laskę. Wyglądała jakby się modliła.


– …Nie uda nam się. Nie moĹźemy. Nie ma szans, byśmy sobie poradzili…


Miała rację. Musieli pogodzić się z faktem, Ĺźe to było dla nich zbyt wiele.


Zazwyczaj gobliny były tutaj rozsiane po wielu zakątkach, lecz z jakiegoś powodu tego dnia było inaczej. Jak tylko wkroczyli do Starego Miasta… nie, nawet przed wejściem, stało się jasne, Ĺźe coś jest nie tak.


DuĹźa liczba goblinĂłw czyhających na kaĹźdym kroku.


Dodatkowo w grupach.


Utworzyły drużyny.


Tak jakby patrolowały tę część miasta.


– …Patrole – powiedział Haruhiro, zgrzytając zębami.
MoĹźe… Czy to one?


Te, ktĂłre obserwował nie wyglądały podobnie do tych, z ktĂłrymi zazwyczaj walczyli. Miały dobry ekwipunek. Do tego stwory ze Starego Miasta raczej leniuchowały, dopĂłki nie zauwaĹźyły druĹźyny, zaś te były pełne energii.


To zapewne gobliny z Nowego Miasta.


Spora ich liczba została wygnana na ten obszar, lecz często były one apatyczne. Opancerzony wraz z hobgoblińskim sługą naleĹźeli do takiej grupy.


A jednak ci tutaj byli pełni Ĺźycia. Współpracowali, by osiągnąć wspĂłlny cel lub wykonywali czyjeś rozkazy. Właśnie tak to wyglądało.


– Hmph – zaśmiał się Ranta, prĂłbując grać wyluzowanego.


Wcale na takiego nie wygląda.


– Wychodzi na to, Ĺźe trochę przesadziliśmy…


Nikt nie zaprzeczył. Nawet Haruhiro.


Nie miał dość sił, by tracić je na coś takiego. Wejście do Starego Miasta byłoby teraz zbyt niebezpieczne. Zadali sobie trud, by przyjść aĹź tutaj, lecz będą zmuszeni wrĂłcić z pustymi rękoma.


—Nie.


Chciałbym, byśmy sami podjęli decyzję. Jeśli teraz to zasugeruję, zabrzmi to tak, jakbyśmy nie mieli innego wyboru. MoĹźe jednak to dobra okazja, Ĺźeby sprĂłbować.


– Hej, moĹźe pĂłjdziemy do kopalni Cyrene? Nie jest po drodze, lecz w tym samym kierunku. MoĹźemy okrążyć Damuro i skierować się na północny-zachĂłd.


Ranta wyglądał na podekscytowanego, zaś pozostali nie wyrazili sprzeciwu.


Pomaszerowali więc cztery kilometry na północny-zachĂłd od Damuro. Dokładniej mĂłwiąc, były to cztery kilometry w linii prostej. Zatem idąc tam pierwszy raz, podróş zajęła im niemal dwie godziny.


GĂłra kopalni Cyrene.


Wygląda jak każda inna góra.


Kopalnie te powstały dawno temu, kiedy KrĂłlestwo Arabakii utrzymywało jeszcze władzę na granicy. W późniejszym okresie zostali wypędzeni przez Sojusz WładcĂłw pod rządami NieĹźywotnego KrĂłla. Od tego czasu miejsce to okupuje frakcja koboldĂłw zwana Bosh i Ĺźyją tam aĹź do teraz.


Gdy wkroczyli na pogĂłrze, zauwaĹźyli w oddali coś, co wyglądało na wejście. Prostokątny tunel wzmocniony drewnem.


Niedaleko był niewielki strumyk, ktĂłrym podążyli jeszcze dalej. Zobaczyli niedĹşwiedzia, dzikie zwierzę ostroĹźne tak bardzo, Ĺźe moĹźna by je nazwać tchĂłrzliwym. Uznali, Ĺźe prawdopodobnie ich nie zaatakuje, jednak dla pewności po prostu je ominęli.


Idąc dalej w gĂłrę zbocza natknęli się na szlak w lesie, a przynajmniej tak wyglądał. Maszerując wzdłuĹź niego wpadli na kilka futrzastych, humanoidalnych istot z głowami przypominające psie pyski.


Miały ze sobą zardzewiałe miecze i coś, co wyglądało na obszarpane resztki kolczugi. Było ich dwĂłch.


MoĹźna nazwać to niespodziewanym spotkaniem. Nonszalancko wyszły zza cienia drzew. DruĹźyna takĹźe ich nie oczekiwała, więc przez pierwsze dwie czy trzy sekundy stali naprzeciwko siebie, jedynie dziwnie się gapiąc.


– Koboldy…! – krzyknęła Merry.


– Whoa! – wrzasnął nieumyślnie Haruhiro i odskoczył do tyłu.


– Moguzo, dawaj…! – Ranta ciął tego po prawej.


– J-jasne! – Moguzo po chwili zbliĹźył się do drugiego.


Haruhiro uderzył się w pierś.
—Ustatkuj się.


Nie, zaraz. Cholera. UspokĂłj się. Cholera. Wcale nie jestem spokojny.


– …Shihoru i Merry, na razie się wycofajcie! Yume, wesprzyj Rantę i Moguzo…!


– Fwah! – Pomimo tej niezrozumiałej odpowiedzi ruszyła razem z nim.


– Hah, hah, hah…! – Ranta trwał w szalonej wymianie ciosĂłw z przeciwnikiem.


Moguzo stękał ciężko i skrzętnie machał swoim półtorakiem, lecz nie mĂłgł ich nawet dosięgnąć.


– Yume, pomóş Moguzo…! – krzyknął Haruhiro.


– Jasne!


Haruhiro obrał za cel plecy tego, ktĂłry walczył z Rantą. Szybko zajmie się pierwszym, a następnie wspĂłlnie zaatakują drugiego. Taki był plan.


Jednakże…


– C-co…?


O co chodzi? MoĹźe koboldy są silne? Nadzwyczaj szybkie?


Nie mĂłgł dostać się na jego tyły. Nie potrafił przewidzieć jego ruchĂłw, i co gorsza, poruszały się dla niego zbyt szybko. Nie mĂłgł za nimi nadążyć wzrokiem.


– Cholera! Haruhiro, co ty robisz…?! – krzyknął Ranta.


Wymieniał ciosy z przeciwnikiem, lecz nie wyglądało na to, by atakował. Był ciągle spychany. Po prostu parował, nie będąc w stanie wyprowadzić jakiegokolwiek kontrataku.


Co z Moguzo i Yume?


Nie mam nawet czasu, by tam spojrzeć.


Najpierw muszą zająć się tym.


– Nie wierć się tak, Ranta!


– Spadaj! Nie robię tego bez powodu…!


– Nie mogę nic zrobić jak tak się wiercisz!


– Co mnie to! Whoa…!


Kobold zbliĹźył się, a ostrza ich mieczy się zblokowały.


Dobrze. Teraz się nie ruszają, mam szansę.


– DĹşgnięcie od Tyłu…! – Haruhiro sprĂłbował dĹşgnąć go w plecy, lecz wrĂłg zdołał uniknąć.


Ich ruchy są raczej…
Kobold uskoczył w bok, odtrącając sztylet chłopaka swoim ogonem. …nie wiem…podstępne?


– Chłopie, jesteś bezuĹźyteczny! – Ranta pogonił za przeciwnikiem. Ten jednak był przygotowany, kicając w lewo i prawo niczym wytrawny, acz irytujący tancerz.


Ten styl poruszania się. To właśnie to sprawia nam najwięcej problemĂłw.


Kiedy jestem za nim, cały czas skupiam uwagę na jego ogonie. Cały czas się rusza, nie mogę oderwać od niego wzroku.


– …Jest ciężko! – krzyknął Haruhiro.


Nie była to kwestia tego czy przeciwnik jest silny czy moĹźe słaby. Po prostu jeszcze go nie znali. Jak zaatakują? Jak będą się bronić? Jak zareagują na niespodziewane sytuacje? Jak zareagują na to, co zrobi Haruhiro i reszta? Było zbyt wiele rzeczy, o ktĂłrych nie wiedzieli.


– Gdyby to był goblin…! – burknął chłopak.


Gdy znĂłw wycelował w plecy przeciwnika, tak jak robił to zawsze—
o to chodzi, pojął całą sytuację.


W jego głowie zawsze były gobliny. Patrzył na tyły kobolda tak, jakby był on goblinem. Jego budowa ciała, jego zachowanie, jego myśli. Wszystko to było głęboko zakorzenione w jego głowie i nie mĂłgł się tego wyzbyć.


Czyżbyśmy się zbytnio przyzwyczaili…?


– Rozwałka…! – Merry nagle skoczyła i uderzyła swoją kapłańską laską w ramię kobolda, z ktĂłrym walczyła pozostała dwĂłjka.


Ten zaskomlał i uciekł z niewyobraĹźalną prędkością, szczekając w oddali.


– To mniejsze koboldy. Nie powinny sprawiać najmniejszego problemu! – powiedziała, uderzając głowicą swojej laski w ziemię. Przyczepione do niej kółka zadzwoniły. – Miejcie głowę na karku, a dacie radę!


Tak!
pomyślał Haruhiro. Merry, jesteś świetna.


– …Chwila, nie mam czasu, by tak stać i podziwiać! – dodał na głos.


Wymienił spojrzenia z Rantą. Nie podobało mu się to, Ĺźe rozumiał się z nim bez słów, lecz nie moĹźna było ukrywać, Ĺźe byli towarzyszami. Z tego teĹź powodu nie było to specjalnie trudne.


Patrz uwaĹźnie.


Obserwuj.


Nie walczymy z goblinem. To kobold. Nieznany przeciwnik. JednakĹźe tylko â€œnieznany”. Jakby tak na to spojrzeć, to tak naprawdę wcale nie mają nad nami przewagi. To znaczy, Ĺźe słowa Merry były prawdziwe. To nie jest ciężki przeciwnik.


– Ohm, rel, ect, vel, darsh…! – Shihoru wypuściła Tętent Cieni z charakterystycznym
vwong.


Ĺťywiołak cienia wyglądający niczym kulka czarnych wodorostĂłw uderzył powracającego kobolda, ktĂłry kroczył w kierunku Yume i Moguzo. Upadł na kolana, cały w konwulsjach.

 

 

 

 

– Moguzo, teraz! – krzyknęła Yume.


ZaszarĹźował w jego kierunku z okrzykiem na ustach. Zajęli się tamtym, więc Haruhiro mĂłgł skupić się na tym stojącym naprzeciw niego.


– Ĺťryj to! I to! I to! – wrzeszczał Ranta. Był irytująco głośny, ale tym razem nie machał mieczem na oślep. UwaĹźnie przyglądał się ruchom przeciwnika. Gdy ten uciekał na prawo, on ruszał za nim. Gdy na lewo, podążał jego śladem. Nie potrafił wyprzedzić jego ruchĂłw, lecz tym razem nie tylko się bronił; czasami udawało mu się zaatakować.


Dzięki temu kobold skupia swą uwagę tylko na nim.


Teraz mogę się tam dostać.


Na jego tyły.


Nie pozwĂłl, by ogon cię dekocentrował. To tylko ogon.


Gobliny są podobne do ludzi, lecz koboldy poruszają się w bardziej dziki, zwierzęcy sposĂłb. Wygląda na to, Ĺźe mają silne nogi oraz mogą szybko i daleko skakać. To przez to wydają się szybsze.


Ale czas reakcji i inne cechy prawdopodobnie zbytnio się nie róşnią. Patrząc na elastyczność ich ciał, gobliny prawdopodobnie mają przewagę. Gdy koboldy pochylają się do przodu, gĂłrna część ich ciała prawie się nie porusza. Machają mieczami zupełnie inaczej. Te pierwsze uĹźywają całego swojego ciała do cięcia, zaś koboldy jedynie ramion. Machają nimi niczym biczami. MoĹźe mają sztywne ramiona. Jakieś 150 cm wzrostu. Trochę wyĹźsze od goblinĂłw, lecz cięcia są prawdopodobnie lĹźejsze.


JednakĹźe ich ataki są przez to bardziej zwarte. Co czyni je szybszymi. Jeśli będę z nimi walczył tak, jak z goblinami, zawszę będę wolniejszy.


Było wiele róşnic, lecz nie we wszystkich przewagę miał kobold. Haruhiro z resztą mogli jednocześnie walczyć z pięcioma goblinami, a teraz mierzyli się jedynie z dwoma przeciwnikami.


Możemy wygrać.


Tak naprawdę nie ma szans, byśmy przegrali.


To nie była zbytnia pewność siebie, lecz wniosek, do ktĂłrego doprowadziły obserwacje i doświadczenie.


To wspaniałe,
pomyślał. Jak tylko się uspokoił i zaczął wierzyć, Ĺźe mogą dać radę, jego pole widzenia znacznie się poszerzyło. Jeszcze przed chwilą widział jedynie kobolda znajdującego się przed nim i Rantą, lecz teraz mĂłgł obserwować takĹźe resztę swoich towarzyszy.


– Dzięki…! – Moguzo ściął swojego przeciwnika, tnąc z całych sił mieczem po skosie.


Gdy inne koboldy to zobaczą, prawdopodobnie będą wstrząśnięte.
I tak się stało.


W ogĂłle nie obserwuje swoich tyłów.


Haruhiro wstrzymał oddech i całą swoją masą oparł się o jego plecy. Oczywiście, wbijając w nie sztylet. Głęboko, przez szparę w jego kolczudze.


Zaskomlał.


Haruhiro od razu od niego odskoczył.


– Tak, o to chodzi…! – Ranta wkroczył do akcji, wysuwając swoją broń. – Gniew!


Przebił się.


Ostrze Ranty przebiło się przez jego gardziel. Kobold upadł, nie będąc w stanie wydobyć z siebie Ĺźadnego dĹşwięku.


– …Wygraliśmy. – Westchnął Haruhiro.


– Wszystko dzięki mnie! – Loczek wzniĂłsł swĂłj miecz wysoko, chełpiąc się.


– Nuh-uh, wcale Ĺźe nie. – Yume wyglądała na zirytowaną. – Jakbyś na to nie patrzył, to wszystko dzięki Merry. To co powiedziała, było świetne. “Miejcie głowę na karku, a dacie radę”. To dało Yume kopa, by działać.


– P-przestań… – Merry spuściła głowę. Jej twarz była lekko czerwona. – …Przepraszam, Ĺźe się wtrąciłam. Nie powinnam tego mĂłwić.


– T-to nie…! – powiedziała głośno Shihoru, co było do niej niepodobne. – To nieprawda… Nie sądzę, Ĺźe powinnaś za to przepraszać…


– T-tak. – Moguzo lekko przytaknął. – Dzięki temu znalazłem w sobie odwagę.


– Gromadka dzieciakĂłw! – wtrącił Ranta.


Jak on moĹźe być tak zarozumiały? Haruhiro chciał znać powĂłd. To dlatego, Ĺźe był idiotą?


– Nie moĹźesz znaleźć w sobie odwagi, dopĂłki ktoś nie da przemowy? Jesteś gĂłwnem, wiesz? GĂłwnem!


Haruhiro umyślnie go ignorował, przykucając przed jednym z ciał.


– Zobaczmy… ich bronie czy zbroje nie wyglądają, by były cokolwiek warte, ale— wygląda na to, Ĺźe noszą coś na sobie. Kolczyk do nosa, chyba moĹźna tak to nazwać. Zrobiony prawdopodobnie z kłów zwierząt.


Niczym kapłan opłakujący zmarłych, Merry wykonała znak heksagramu i przykucnęła obok chłopaka.


– To talizmany. KaĹźdy z nich ma jeden.


– Hmm. Nie wygląda na zbyt cenne.


– Koboldy Ĺźyjące na pierwszym poziomie kopalni są niczym wyrzutki ich społeczeństwa. Są słabo ubrane i mizernie zbudowane. Dlatego teĹź ochotnicy zwą je mniejszymi koboldami – odpowiedziała.


– Więc to znaczy, Ĺźe nie-mniejsze koboldy mają lepsze talizmany?


– Tak. Wykonane z Ĺ‚adnych kamieni czy metalu. Nawet te mniejsze czasami uĹźywają ludzkiej miedzi czy srebra do ich wykonania.


– Rozumiem. Więc jeśli będziemy walczyć z mniejszym, ktĂłry będzie miał przy sobie szylinga albo coś rĂłwnie cennego, będziemy mogli uwaĹźać się za szczęśliwcĂłw – dumał.


Merry była raczej gadatliwa. To wystarczyło, by Haruhiro był naprawdę szczęśliwy.


– Cóş, na razie po prostu je zerwijmy – powiedział Ranta. Podszedł do jednego z ciał i wyrwał kolczyk z jego nosa. – …No co?


– Nic…


Wiem, Ĺźe musimy zebrać łup, ale czy nie mĂłgłby robić tego w inny sposĂłb? Wiem, Ĺźe to dziwne, po tym jak ich zabiliśmy. Ale—


Cóş, tak to jest. Z ich perspektywy jesteśmy po prostu najeĹşdĹşcami.


To, co robili, to była po prostu rzeĹş. Nawet jeśli czuł jakieś wyrzuty sumienia, to niczego nie zmieniało. To, czy delikatnie odciął kolczyk z martwego ciała, czy moĹźe brutalnie go zerwał, nie miało Ĺźadnego znaczenia. Rezultat był ten sam. Nie tylko teraz, przez cały ten czas było podobnie.


Gdy patrzył na Rantę widział samego siebie, pozbawionego całego tego udawania i szopki. To było ciężkie do zniesienia.


Robił to bez wahania, zaś Haruhiro prĂłbował stwarzać pozory. Być moĹźe taki sposĂłb myślenia był jedynie przejawem hipokryzji.


Pomimo tego, usuwając kolczyk zrobiony z wypolerowanego rogu z nosa martwego kobolda, starał się to zrobić najdelikatniej, jak tylko potrafił. Nie rozwaĹźałby nawet zmiany swojego sposobu działania. Nawet jeśli to jego wrogowie, jego zwierzyna, istnieje minimum szacunku, jaki naleĹźy okazać.


Haruhiro wstał.


– ChodĹşmy. Do kopalni Cyrene.

 

 

 

<<Poprzedni rozdział

Kolejny rozdział >>