Rozdział 1: Bez porĂłwnania


Rozdział 1: Bez porĂłwnania

 

 

 

DruĹźyna sprzedała wszystkie łupy, ktĂłre tego dnia zdołała zebrać, podzieliła się zyskami, by zaraz po tym leniwie rozmawiać o dalszych planach. 


Dong, dong, dong, dong, dong, dong.


DĹşwięk dzwonu rozniĂłsł się dziko po rynku w Alternie.


– Och, juĹź szĂłsta. – Haruhiro zmarszczył brwi. – …Nie, coś jest nie tak. Ostatnio zabił siedem razy.  Poza tym dzwon na godzinę 6:00 po południu nie rozbrzmiewa tak gorączkowo—


– Co, co, co?! – Ranta kręcił swoją kędzierzawą głową, by rozejrzeć się dookoła.


– Hmm. – Yume złapała swoje warkocze, szeroko otwierając oczy. – Ciekawe co się dzieje.


– Nagły wypadek… Tak sądzę? – Shihoru przybliĹźyła się do Yume.


– …Muh? – Moguzo potarł tył swojego hełmu. Wyglądał na zmartwionego.


– Nie, nie moĹźe być… – Merry lekko się pochyliła, mrużąc oczy. – Atak wroga?


– Co? – Haruhiro przekręcił głowę na bok. Wiedział, co oznaczają te słowa, ale nie był w stanie ich pojąć w chwili, gdy zostały wypowiedziane. – Przez atak wroga masz na myśli—


Wahhhh!
Podniósł się krzyk.


Skąd dochodzi? Chyba z daleka.


Ranta rozszerzył nozdrza krzycząc “Hej, hej, hej, hej!” i â€œOch, och, och!”.


Dlaczego jesteś tak podekscytowany? Jesteś idiotą?
pomyślał Haruhiro.


– Merry, jacy wrogowie? – krzyknął.


– Prawdopodobnie orkowie – szybko odpowiedziała dziewczyna.


Orkowie?


– Uciekać! – Ktoś krzyknął.


“Orkowie!” “To orkowie!” “Orkowie!” “Orkowie są tutaj!” “Atakują…!”


– Hoh? – Yume przyłoĹźyła palec wskazujący do policzka. – Czy pan Ochre to czyjś przyjaciel?


– Jasne, Ĺźe nie! – Odruchowo ją poprawił.


Właśnie wtedy to się stało.


Ludzie zajmujący się swoimi stoiskami na rynku momentalnie zerwali się i parli niczym wzburzony potok. To była jedynie chwila. Haruhiro został porwany przez tę falę, a parcie pod prąd było w tym momencie bezsensowne.


– Czek… – Ranta prĂłbował się przeciwstawić, lecz jego starania poszły na marne. – Co jest?!


– Uwahwahh! – Oczy Moguzo wirowały. Był tak duĹźy, Ĺźe cały czas był kopany i uderzany łokciami. Nie wyglądało to zbyt przyjemnie.


– M-mĂłj kapelusz…! – Shihoru straciła swoje nakrycie głowy.


– Och! – wydusił z siebie Haruhiro wyciągając rękę i zdołał go pochwycić—


Do tego momentu wszystko było z nim w porządku, lecz z całą tą masą ludzi, ktĂłra go ciągle przepychała, został odciąnięty od reszty swoich towarzyszy.


– Panie Haru! – Słyszał głos Yume.


– Haru…?!


Czy to była Merry? Wciąż trochę widzę głowę Moguzo… Nie ma szans, bym się tam dostał.


– H-hej…! – W akcie desperacji wyciągnął dłoń.
To nie ma sensu. Nie widzę juĹź nawet Moguzo. – UwaĹźajcie na siebie…!


Serio, to ja powinienem teraz na siebie uwaĹźać! Jeśli będę chciał iść pod prąd, zostanę zepchnięty, powalony, zdeptany, a moĹźe nawet umrę. Nie chcę tak skończyć. Muszę podążać razem z tym potokiem.


“Atak wroga”, powiedziała Merry. Wroga? Czym są orkowie…?


Orkowie.


Czuję, Ĺźe juĹź o nich gdzieś słyszałem. A moĹźe nie. Nie zmienia to faktu, Ĺźe dzieje się coś niezwykłego. Jeśli to atak wroga, to znaczy, Ĺźe przybyli, by zaatakować? Alterna jest właśnie napadana przez tych orkĂłw? Jeśli uciekamy, gdzie w ogĂłle uciekamy?


To miasto. KaĹźdy tutaj Ĺźyje. Alterna jest otoczona przez wysokie, grube mury. Nie ma bezpieczniejszego miejsca niĹź to. —Albo nie powinno być. Tak sądzę. Prawdopodobnie. Lecz to bezpieczne miejsce jest właśnie atakowane. Czy to znaczy, Ĺźe mamy powaĹźne kłopoty…?


Stragany były przewracane. Towary porozrzucane i rozdeptywane.


Co za strata.
Nawet niektĂłre wozy zostały powalone, a ich ramy złamane.


Właściciel musi przeĹźywać szok. Nie, to teraz moje najmniejsze zmartwienie.


– Gyahhhhhhhhhhhh…! – krzyknął ktoś z przodu.


“Są tutaj! WrĂłg…!” “Nie tędy!” “Uciekać, w drugą stronę…!”


Nagle fala ludzi zawrĂłciła. JednakĹźe taka zmiana kierunku w tak krĂłtkiej chwili była niemoĹźliwa. Ludzie na przedzie chcieli przeć do tyłu, lecz ci za nimi dalej brnęli naprzĂłd. Najgorsze w tym wszystkim było to, Ĺźe Haruhiro był w samym środku i tak naprawdę nie mĂłgł nawet kiwnąć palcem.


– Hej, to boli! P-przestańcie pchać…!


W takim tempie zostanę zmiaĹźdĹźony. Czy właśnie tak umrę? To nie jest nawet śmieszne.


Zdołał w jakiś sposĂłb przepchnąć ludzi na boki, przebijając się przez tłum. Przed nim znajdował się wĂłz z czarną zasłoną, ktĂłry nie został zniszczony, więc wszedł do Ĺ›rodka.


– Urkh. Śmierdzi…


Co to za dziwny zapach. To nie tylko zapach. Rzeczy na półkach teĹź są jakieś dziwne. Martwe zwierzęta? Wypchane i zakonserwowane? Są kości, zęby i piĂłra. I… akcesoria? ZłoĹźony z tych rzeczy.


– ChodĹş tutaj.


Nagle usłyszał głos i aĹź podskoczył. Kiedy przyjrzał się bliĹźej zauwaĹźył starszą kobietę w czarnawych ubraniach siedzącą głęboko w wozie. Wyglądała bardzo podejrzanie. Kiedy stał tak niepewnie, krzyknęła “Szybko!”, a on z wahaniem do niej podszedł.


– …Babciu, to twĂłj sklep? – zapytał.


– Babciu, co? CoĹź za niemiły młodzieniec. MĂłw do mnie pani.


– P-pani – poprawił się, a kobieta wyszczerzyła zęby.


– …biją brawo – dokończyła za niego.


– …powiedziałem pani, a nie fani.


– Niezbyt powalająca riposta.


To twĂłj Ĺźart był słaby! Co z tą starą wiedĹşmą?
Pomyślał, ale powstrzymał się od powiedzenia czegokolwiek.


Wzruszyła ramionami, tak jakby chciała powiedzieć
dobry boĹźe.


– Jestem Baba.


– No nie da się ukryć.


– Hmph. Co Ĺźarcik to lepszy, trzeba przyznać.


– Cóş, dzięki…


– Popracuj nad tym. W kaĹźdym razie, jestem Baba. Czarodziejka Baba. Jak widzisz ten sklep posiada asortyment wykorzystywany przy praktykach magicznych. Jesteś ochotnikiem?


– Cóş, tak. – Starając się nie oddychać przez nos, Haruhiro spojrzał na zewnątrz. WĂłz był osłonięty zasłoną, więc nie mĂłgł niczego dostrzec, ale wciąż panował tam zgiełk.


– …Czy to przypadek? Pewnie tak – powiedział.


– Masz na myśli orkĂłw? No cóş, to się zdarza raz na jaaaaakiś czas. Hm? Jesteś świeĹźakiem?


– Nie zajmuję się tym długo. Znaczy, walką.


– Sądząc po twoim zachowaniu, musisz być prawiczkiem.


– Pra…?!


– Idioto. Nie miałam na myśli tego, czy spałeś z kobietą, czy teĹź nie. Ochotnik nie jest prawdziwym mężczyzną, pĂłki nie zabije orka. Tych, ktĂłrzy jeszcze tego nie zrobili, traktujemy jak prawiczkĂłw. Więc co, jesteś podwĂłjnym prawiczkiem?


– …Pojedynczym, podwĂłjnym, potrĂłjnym, co za róşnica, nie obchodzi mnie to.


– Brakuje ci ambicji! – Wyciągnęła palec w jego kierunku. – Jesteś mężczyzną, prawda? Jesteś młody! Chcesz dzielić łoĹźe z kobietami, chcesz zabijać orkĂłw! Dlaczego trzymasz w ryzach swoje pragnienia?!


– Więcej z tego wszystkiego kłopotu niĹź zysku.


– Kretynie! – Baba splunęła i chciała kontynuować, lecz dosłyszeli świst, zasłona została odsłonięta.


– Ach… – Zamrugał.


Ktoś przyszedł. Ktoś— Nie, coś? To nie… człowiek.


Znaczy, ma zieloną skĂłrę.


Jest duĹźy. Szerszy, niĹź wyĹźszy. Nadzwyczajnie gruby.


Zgnieciony nos, szpiczaste uszy i niedĹşwiedzie usta z kłami jak u dzika.


Jego włosy są jaskrawoczerwone.


Jest w zbroi i ma ze sobą wyglądający na ciężki, jednosieczny miecz.


Co jest z tym gościem?


– To ork – zarechotała Baba, wyciągając coś podobnego do róşdĹźki. – Pomyśleć, Ĺźe tutaj wlezie! O-ochotniku, zajmij się nim! Czas, Ĺźebyś stał się mężczyzną!


– Co? J-ja?! – Sięgnął po sztylet, ale był zbyt zaniepokojony, by cokolwiek z nim zrobić. – N-nie potrafię zrobić tego sam! Jestem złodziejem!


– Cóş, ja jestem tylko starą wiedĹşmą! No dawaj, bierz się w garść! – Pchnęła go mocno w plecy.


Jak na starą wiedĹşmę była dosyć silna. Haruhiro zatoczył się w kierunku orka.


– Whoa, whoa, whoa… – krzyknął, prawie się potykając.


Ork wrzasnął coś do niego w swoim języku z dużą ilością “shu”, “sha”, “bah”, “oh”, a następnie pchnął w niego mieczem.


– Nie, nie, nie…?! – Uniknął tego ataku.


Jakimś cudem udało mu się uskoczyć, lecz wpadł w jedną z wystaw sklepowych.


– Ĺťartujesz sobie, co ty robisz?! – zbeształa go Baba.


– Nie pomagasz…! – Haruhiro przetoczył się po jednej z wystaw, by uciec.


Ork wspiął się za nim.


– Ohshubaguda!


Nie jest dobrze. Jestem martwy. Naprawdę mnie zabije.
Krzyknął, rzucając w niego wszystkim, co miał pod ręką. Nawet gdy trafiał, ork zdawał się tym wcale nie przejmować. Och, cholera. Och, cholera. Och, cholera. To nie jest zabawne. Pobiegł w kierunku kurtyny, by wybiec z wozu.


– …Co? Nie biegnie za mną?


Kiedy o tym myślał…


– H-hej ty, ochotniku! – Usłyszał głos. – Naprawdę zostawisz na pastwę losu tę biedną, starą kobietę? Potworze…!


– Łatwo powiedzieć, ale…


W oddali widział kolejnego orka. Z pewnością było ich na tyle duĹźo, by całą tą sytuację nazwać “najazdem”, więc nie powinno to być zaskoczeniem, ale tak naprawdę widział tam więcej niĹź jednego.


Jest tam cała gromada. Niedobrze.


Ĺšle. Tragicznie.


Powinienem uciekać. Znaleźć jakąś kryjĂłwkę i poczekać, aĹź ktoś przybędzie i je załatwi. Nie obchodzi mnie Baba. Nie znam jej. Niczego jej nie wiszę i wątpię, bym był w stanie ją uratować.


– Nie mam wyboru… prawda?


Wziął głęboki wdech. Odsłonił z powrotem zasłonę w wozie baby.


– Cholera…!


Dlaczego? Co ty robisz? Nie miałeś uciekać? Nie, chciałbym uciekać, ale nie mĂłgłbym zasnąć, gdybym ją porzucił, nawet jeśli jej nie znam. Nie ma wyjścia. Naprawdę nie czuję się z tym dobrze, ale to jedyna rzecz, ktĂłra jest w tej chwili słuszna.


Ork machnął swoim mieczem w dół. Baba zablokowała to swoją laską. Jej twarz zaczerwieniła się, gdy jęknęła z wysiłku. Pomimo tego, Ĺźe w jakiś sposĂłb udało się jej to zablokować—


Ledwo się trzyma. Widać gołym okiem. Przyklęknęła, desperacko się broni. Dobrze, Ĺźe jej laska jest wytrzymała. Chyba nie mam czasu, by się tym zachwycać.
Wyciągnął sztylet i zaszarĹźował w kierunku przeciwnika.


– DĹşgnięcie od Tyłu…!


Ostrze zsunęło się w bok ze szczękiem. Zbroja zablokowała cios.


– Gashuhah! – Ork odwrĂłcił się do niego.


– Ochotniku! – Oczy kobiety się świeciły. – Chyba się właśnie zakochałam!


– Mam nadzieję, Ĺźe nie?! Naprawdę! – OdwrĂłcił się plecami do przeciwnika. – G-goń mnie! Cóş, nie, w sumie nie musisz…!


Nieszczęśliwie dla niego stwĂłr skupił swoją uwagę właśnie na nim.


Nie powinienem tego robić. Powinienem uciekać. Teraz juĹź za późno na Ĺźale.


– Hahshu, hahshu, hahshu! – krzyczał ork, biegnąc za nim.


Chłopak wydostał się z wozu i biegł. Po krĂłtkiej chwili zabrakło mu tchu. Nieprzyjaciel nie ustępował, pomimo Ĺźe miał na sobie ciężki ekwipunek. Haruhiro był w lekkim stroju i biegł tak szybko jak tylko mĂłgł. Pomimo tego nie mĂłgł zwiększyć między nimi dystansu.


– Cholera, jesteś przeraĹźający…!


Kiedy tak narzekał, pędził wąskimi uliczkami i lawirował między wozami, Ĺźeby w jakiś sposĂłb zgubić orka.


Ten jednak ze swoją szczękającą zbroją kontynuował swĂłj pościg.


Zaraz się poddam. Um, przepraszam. MoĹźe niech to będzie meta? Nie przeszkadza ci to, prawda?


Meta będzie jak tylko skręcę za rogiem. Do tego momentu dam radę. Więcej nie wytrzymam. Jestem w kropce i ledwo łapię oddech. Przechodzę na emeryturę. Przepraszam.


Haruhiro skręcił za rogiem, będąc juĹź w połowie gotowym, by upaść.


– Schyl się! – Niski, chrapliwy głos krzyknął w jego kierunku.


Zrobił to, a coś przeleciało nad jego głową.


Nie, nie coś— miecz.


Ktoś tam był, właściciel tego głosu, osoba, która machnęła bronią.


Ostrze uderzyło w biegnącego za chłopakiem przeciwnika.


– Ogoh…!


– …Co? – OdwrĂłcił się.


Jego głowa została odcięta. Plecami do niego stał srebrnowłosy mężczyzna, ktĂłry właśnie to zrobił.


Renji,
przemknęło mu przez myśl.


Stał się ochotnikiem tego samego dnia co on—
Przynajmniej tak mi się wydaje, choć teraz wcale na to nie wygląda. Na wierzchu swojej świetnej zbroi nosi pelerynę obszytą futrem. Jego miecz wygląda na wytrzymały i wyśmienity. Od początku wiedziałem, Ĺźe róşni się od nas wszystkich, ale wciąż, ta przepaść jest duĹźa. Olbrzymia. Czy on to zrobił jednym cięciem?


Jednym cięciem zdjął orka.


– Jesteś cały? – zapytał, a chłopak niepewnie przytaknął.


Łał. Ale ze mnie frajer. Jestem Ĺźałosny. Palę się ze wstydu.


– Renji, jest ich jeszcze więcej…! – Ktoś krzyknął, gdy Haruhiro w pośpiechu wstał i chciał chociaĹź podziękować za ratunek.


Gdy spojrzał w tamtą stronę zauwaĹźył ściętego na jeĹźyka mężczyznę w imponującej zbroi, ktĂłry ręką wskazywał gdzieś hen daleko.


To Ron. Orkowie nadchodzą z tamtego kierunku. Więcej niĹź jeden. Dwa… nie, trzy.


– Zeel, mare, gram, fel, kanon – wypowiadał słowa mag Adachi, noszący okulary w czarnych oprawkach, rysując pieczęcie Ĺźywiołów końcĂłwką swojej laski.


Co to za rodzaj magii?
Haruhiro kompletnie nic o niej nie wiedział.


Pomimo tego niebieski Ĺźywiołak wyleciał, owijając się wokół nogi orka. Podciął go i pomimo Ĺźe przeciwnik nie upadł, miał wyraĹşne trudności z chodzeniem.


JednakĹźe nie zwaĹźając na problemy swojego towarzysza dwa pozostałe szarĹźowały jakby nie miało to Ĺźadnego znaczenia.


—Właśnie wtedy długa noga wyskoczyła z bocznej uliczki, uderzając podeszwą buta prosto w kolano stwora.


Perfekcyjne wyczucie czasu. Nie moĹźna było tego uniknąć. To była prawdopodobnie umiejętność złodzieja do walki – Pęknięcie.


– Gyaoh! – ryknął ork i zatoczył się.


Kto to zrobił? Ten krzykliwy strĂłj. Odkryta skĂłra. Seksowna. Sassa, tak?


– Dobra robota! – Ron wyszedł naprzĂłd i zaczął wymieniać ciosy z przeciwnikiem. Nie był małym facetem, lecz ork był dosyć zdumiewająco umięśniony. Pomimo tego zaczął go spychać.


– Hah, hah, hah, hah, hah…!


JednakĹźe drugie stworzenie, ktĂłre oberwało od Sassy, powoli ustabilizowało się na nogach przez bĂłl i przygotowywało się, by pomĂłc swojemu towarzyszowi.


Jakaś dziewczyna stanęła mu na drodze, by go powstrzymać—


Powiedziałbym to, ale jest zbyt drobniutka. Musi mieć mniej niĹź 150 cm wzrostu. Ma na sobie ubrania kapłana i coś, co wygląda jak krĂłtka laska, ale wygląda jak dziecko bawiące się w przebieranki. Co u diabła prĂłbuje zrobić Malusieńka?


– No…! – Trzymała swoją broń przed sobą.


– Fah! – krzyknął jej przeciwnik i zmiĂłtł jej laskę na bok swoim mieczem.


– Co…? – Haruhiro stracił głos.


Zamiast polecieć w dal, laska zatoczyła koło. Malusieńka nią obrĂłciła i uĹźywając pędu trzasnęła orka w dolną część jego ciała.


– Yah…! – wrzasnęła.


– Go, fuh…?! – WrĂłg nie upadł, lecz stanął jak wryty.


Dziewczyna odskoczyła, a Renji poklepał ją po głowie swoją wielką dłonią.


– Dobra robota, Malutka – powiedział.


– Aw… – Zarumieniła się głęboką czerwienią.


W następnej chwili jego miecz znajdował się juĹź w ramieniu orka. Pomimo Ĺźe nosił wytrzymałą zbroję, najwyraĹşniej nie miało to Ĺźadnego znaczenia dla Renjiego.


Mężczyzna wydobył swĂłj miecz stawiając stopę na klatce piersiowej przeciwnika i odkopując go do tyłu.


Gdy ten się zakręcił, spanikowany ork nie był juĹź dla niego Ĺźadnym zagroĹźeniem. DĹşgnął mieczem w jego gardło, a następnie go przekręcił.


– Ohhhhhhhhhhhhh…! – zawył.


Ron napierał bez przerwy, w końcu zmuszając przeciwnika do przyklęknięcia. Wynik tej walki został przesądzony. Sprowadził na głowę nieszczęśnika tuzin ciosĂłw, ktĂłry rozpłatał mu głowę.


– Ĺťryj to…!


…Jest niesamowicie silny. I strasznie głośny.


Gdy Haruhiro stał tak będąc pod wraĹźeniem siły głosu Rona, Renji zbliĹźał się do ostatniego orka, opóźnionego przez magię Adachiego.


Patrzył na niego z podziwem.


Ten krok.


Barbara z gildii złodziei ślizga się stopami po ziemi, dzięki czemu nie wydaje Ĺźadnego dĹşwięku chodząc czy biegnąc. To jest coś podobnego.


Ten chwyt.


Miecz wygląda na niesamowicie ciężki, lecz Renji macha nim jak własnym ramieniem.


Przeciął szyję orka jakby ta była zrobiona z papieru.


Nie, nie moĹźesz jej tak po prostu przeciąć. Kości są twarde. Przynajmniej tak myślałem, ale on po prostu je odrąbał, jak on to robi.


– JuĹź po nim. – Ron poklepał swoje ramię płaską częścią miecza.


Haruhiro przyglądał się temu wszystkiemu oszołomiony.


Jednak prawdopodobnie dzięki temu zdołał to zauwaĹźyć. Nie skupiał się na jednym punkcie, lecz patrzył na całe otoczenie, nie prĂłbująć patrzeć w jakiś konkretny punkt, gdy—


Coś się poruszyło. Na gĂłrze budynku. Na dachu.


– Renji, nad tobą…! – krzyknął.


Ten natychmiast odskoczył.


Jedna chwila później, a zostałby ścięty.


Ten gość zeskoczył z dachu prosto na niego.


To ork. Oczywiście, Ĺźe to ork. Białe włosy. Połyskują, więc mogą wyglądać teĹź na srebrne. Całkiem przypadkiem włosy Renjiego teĹź są srebrne.


Czy jest jakaś zasada mĂłwiąca o tym, Ĺźe goście z takim kolorem są szaleni? Bo ten ork z pewnością sprawia takie wraĹźenie. Jest potężnie zbudowany, a na czarnej zbroi nosi pelerynę z tygrysimi pasami, ktĂłra to pewnie jest futrem prawdziwego tygrysa, a dodatkowo jest niesamowicie jaskrawa. Te tatuaĹźe na całej jego twarzy są szalone. Jego spojrzenie jest szalone. Jego żółte oczy są szalone. Pomimo tego wygląda na spokojnego, a dodatkowo dosyć mądrego, co teĹź jest na swĂłj sposĂłb szalone.


No i ten miecz. Jednosieczny, fioletowawy, długi, gruby i wyglądający na ostry z postrzępionym tyłem, prezentował się szalenie.


Do tego wszystkiego, gdy odwrĂłcił się do mężczyzny, na dachach pobliskich budynkĂłw pojawiło się jakichś dziesięciu kolejnych orkĂłw. Sytuacja wyglądała rozpaczliwie.


Kiedy zielonoskĂłrzy chcieli zeskoczyć z gĂłry, szef w tygrysiej pelerynie powstrzymał ich podniesieniem lewej ręki.


– Ja – powiedział.


—Co? “Ja”…?


– Ja Ish Dogran. Twoje imię.


Przemówił.


Łamanym czy nie, przemĂłwił ludzkim językiem.


Usta Renjiego nieco się rozluźniły. Chyba się uśmiechał.


Jestem zdumiony, Ĺźe moĹźe się uśmiechać. Nie jest to dziwne w takiej sytuacji? To dziwne, prawda?


– Renji. Chcesz ze mną walczyć, Ish Dogran?


– Ongashurahdu! – Gdy szef, ktĂłry najwyraĹşniej nazywał się Ish Dogran podniĂłsł swĂłj głos, reszta opuściła bronie.


Czy proponuje walkę jeden na jednego?


– Niech nikt z was się nie wtrąca – powiedział cicho srebrnowłosy do swoich towarzyszy.


Zrobisz to?


Naprawdę to zrobisz? Jesteś powaĹźny? NajwyraĹşniej tak.


A raczej już zaczęli.


KtĂłry z nich ciął pierwszy?
Haruhiro nie mĂłgł tego stwierdzić.


JednakĹźe gdy ich miecze się zetknęły, dało się słyszeć szczęk metalu. Poleciały iskry.


Ostrza się zblokowały.


Cały czas napierali i wycofywali się.


To nie wszystko; lekko zmieniając pozycje zderzali się nawet biodrami. Gdyby Haruhiro przyjął taki cios biodrem, odleciałby od razu. PrĂłbowali wytrącić się z rĂłwnowagi, lecz Ĺźadnemu z nich się to nie udało.


Odskoczyli od siebie.


Ish Dogran celował w nogi, lecz Renji uniknął ciosu, tnąc w jego głowę.


Ork odbił to pancerzem na swoim przedramieniu, wziął głęboki wdech—


Jego peleryna.


Rzucił tygrysie futro w mężczyznę. Haruhiro był tym zaskoczony, lecz Renji był na to przygotowany. Bez pośpiechu czy paniki złapał poły ubrania i dĹşgnął mieczem w kierunku przeciwnika.


Ish Dogran chciał prawdopodobnie tym ruchem stworzyć lukę w jego obronie. Plan się nie powiĂłdł, więc wycofał się, a następnie przyjął pozycję do dalszej konfrontacji.


– Dobry. Człowiek. Dobry wojownik.


– Och tak? – odpowiedział krĂłtko Renji zbliĹźając się do orka.


Ponownie wymieniali ciosy. JednakĹźe tym razem to mężczyzna dominował.


Haruhiro podświadomie zacisnął pięści.
Uda mu się. MoĹźe go pokonać. Dawaj. Zabij go. ZrĂłb to! Zabij…!


Chłopak myślał, Ĺźe juĹź go ma.


Tak właśnie to wyglądało. Renji przewaĹźał, powinien mieć to juĹź w garści, lecz nagle ostrze Ish Dograna cięło głęboko lewe ramię mężczyzny.


Dlaczego…? Nie rozumiem.
Kompletnie tego nie rozumiał.


Gangster zwiększył między nimi dystans, potrząsając ręką. Miał powaĹźną, obficie krwawiącą ranę niedaleko łokcia. Wszyscy jego towarzysze krzyknęli lub głośno przełknęli ślinę, kiedy to orkowie wiwatowali.


Renji pozwolił ręce bezwładnie zwisać wzdłuż lewego boku.


Wygląda na to, Ĺźe planuje uĹźywać swojej broni jedynie prawą. Albo raczej z taką raną nie ma innego wyboru. Jego miecz jest olbrzymi. Jest teraz w niekorzystnej sytuacji.


Pomimo tego wziął głęboki oddech i uśmiechnął się.


– NieĹşle.


Ten uśmiech był inny od ostatniego. Nie rozluĹşnił jedynie swoich ust, szczerzył się całą twarzą.


Przeszły mnie ciarki.
Chłopak naprawdę myślał, Ĺźe ten gość jest przeraĹźający. On jest straszny. Cóş, zawsze taki był.


Ponownie ruszył do ataku. Ish Dogran odwrĂłcił ostrze.


Ish Dogran dzierĹźy broń obiema rękoma, a Renji jedną. Jego cięcia zawsze będą lĹźejsze. Nie moĹźe wygrać tej walki zwykłą wymianą ciosĂłw.


Tak naprawdę wyglądało to tak, jakby miecz mężczyzny miał za chwilę odlecieć, lecz w jakiś sposĂłb dawał radę utrzymać go w dłoni. Nie pomagał teĹź fakt, iĹź cała jego lewa strona od twarzy do klatki piersiowej była odsłonięta. 


Jest Ĺşle.


– Eek…! – krzyknęła Malutka.


Ork uderzył go pięścią w twarz.


To musiało boleć. Jego przedramienniki są zapewne z metalu, zatem moĹźe on teĹź znajdować się na jego pięściach.
Nos Renjiego był złamany i rozkwaszony. W mgnieniu oka wszędzie było pełno krwi.


Pomimo tego wciąż napierał z uśmiechem na ustach.


Zaatakował, a jego cios został odparty. Jego uderzenie zostało odrzucone i oberwał z kontry.


Kiedy tak przyglądali się walce, Renji był cały pokryty ranami. Nosił zbroję, lecz ta nie chroniła go wszędzie. Były w niej luki. Ataki przeciwnika były precyzyjnie wymierzone właśnie w te szczeliny. Dodatkowo swoim okropnym mieczem ork mĂłgł rozłupać lekką zbroję.


– Ohshu! Ohshu! Ohshu! – Pozostali tupali i głośno wiwatowali.


Renji wciąż atakuje, lecz Ĺźałośnie się na to patrzy. Jedynie upĂłr trzyma go w tej walce. Gdyby przeszedł do obrony, zostałby zdjęty w ciągu sekundy, dlatego musi atakować. Coś takiego.


– Ron! – Haruhiro nie mĂłgł juĹź na to dłuĹźej patrzeć. – Naprawdę mu nie pomoĹźecie? Adachi? Malusieńka? Sassa! Renji zginie!


– Gdybyśmy to zrobili… – powiedziała Sassa. Była cała blada. Nawet gdy się pociła, drwiąco się zaśmiała. – …Renji by nas później zabił.


– Uwah…! – Malusieńka powiedziała coś z niesamowitym wyrazem twarzy. Tak jakby prĂłbowała mu coś telepatycznie przekazać.


Nie sądzę jednak, by był to jakiś sygnał.


Gangster zaatakował, a Ish Dogran obrĂłcił swĂłj miecz. Scena ta przypominała tę, ktĂłra zdarzyła się chwilę wcześniej. Broń Renjiego niemal odleciała, lecz jakimś cudem utrzymał ją w dłoni. JednakĹźe cała jego lewa strona znĂłw była odsłonięta.


Jest Ĺşle. Tak samo jak ostatnio. Umrze.


Czy ork znowu prĂłbował go uderzyć w twarz?


Mężczyzna jednak na to nie pozwolił.


Złapał miecz obiema rękoma.
Renji nagle chwycił broń obiema dłońmi i machnął nią w gĂłrę. Ish Dogran przechylił się do tyłu i uniknął cięcia—


Ale to przecieĹź niemoĹźliwe. Czy jego lewa ręka nie była bezuĹźyteczna? Jednak teraz mocno trzyma broń obiema dłońmi.


– Ohhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhh…! – zawył niczym krwioĹźercza bestia.


Było raczej wątpliwym, by w wyniku tego ork się zawahał, lecz wyglądało na to, Ĺźe na chwilę się zatrzymał.


Renji ciął po skosie, zatapiając ostrze w ramieniu Ish Dograna.


Wypuścił broń z rąk.


PrzewrĂłcił przeciwnika i uderzył go pięścią.


Uderzył ponownie, nie Ĺ‚apiąc nawet oddechu.


Uderzał go systematycznie i skrupulatnie.

 

 

Ish Dogran przestał się ruszać.


Nastała cisza, dało się słyszeć jedynie głuche echo uderzeń Renjiego. Jedynie jego ciało się poruszało.


W końcu mężczyzna ścisnął swoje dłonie i wzniĂłsł je wysoko w powietrze. Spuścił je z całą siłą na głowę orka. Głęboko westchnął i Ĺ‚omotał jego głową w tę i z powrotem.


– Nie byłeś taki zły. Ish Dogran, zapamiętam twoje imię.


– Jesteś wrakiem – parsknął Ron.


Oczy Adachiego zabłysły. Gapił się na orkĂłw stojących na dachach.


Sassa wyglądała jakby w kaĹźdej chwili miała zemdleć. Malusieńka biegła do Renjiego.


Odepchnął ją, biorąc miecz poległego wskazał na pozostałych.


– Co teraz zrobicie? Jeśli chcecie walczyć, chodĹşcie na mnie wszyscy na raz. Przyjmę was wszystkich.


Nie—czy ten blef nie jest zbyt duĹźy…?
Haruhiro nie mĂłgł pomyśleć inaczej. Był pewny, Ĺźe za chwilę umrą, lecz blef mĂłgł być tutaj jedynym sposobem na przeĹźycie.


Jeden z zielonoskĂłrych machnął ręką. Wielu pozostałych warknęło w proteście, lecz gdy spojrzał na nich, zamilkli.


Wycofali się.


– My… – Chłopak był gotowy, by paść na miejscu. – My… przeĹźyliśmy?


Wszystko to stało się przed jego oczyma, lecz wciąż nie mĂłgł w to uwierzyć. Spojrzał na srebrnowłosego. Patrzyła na niego raz po raz.


Renji jest naprawdę niesamowity. Jest silny. Głupio jest nawet prĂłbować się z nim porĂłwnywać, a potem grać zazdrosnego czy uniĹźonego z tego powodu. …On jest szalony.


Całkowicie szalony.


– Ach. – Spojrzał w dół na własne dłonie. Rozejrzał się dookoła. Zniknął.


Kapelusz Shihoru. Jej nakrycie głowy zniknęło.
Kiedy ostatnio je trzymałem? Tyle się działo, Ĺźe nie pamiętam. W kaĹźdym razie wygląda na to, Ĺźe go zgubiłem.


– Co jest ze mną nie tak…?

 

 

Kolejny rozdział >>