Rozdział 11: Nie odchodĹş


Rozdział 11: Nie odchodĹş

 

 

 

– Jeden zmierza w twoją stronę, Ranta! – zawołał Haruhiro.


– Wiem o tym! – odpowiedział natychmiast.


Jeden z trzech goblinĂłw zwabionych przez Moguzo i Manato na przednią linię, pobiegł na tyły w stronę Yume i Shihoru. Haruhiro i Ranta byli środkową strażą, więc mieli za zadanie łapać je od tyłu lub z boku, lecz musieli teĹź chronić tylną część formacji. Dlatego teĹź Ranta poszedł zmierzyć się z tym stworem, gdyĹź był bliĹźej wspomnianej dwĂłjki.


Minęło trzynaście dni odkąd zaczęli walczyć w Starym Mieście w Damuro, więc mieli wystarczające zgranie, by w takich sytuacjach rozumieć się bez słów. Jednak od czasu do czasu Ranta strzelał sobie w stopę, nie zwaĹźając na jakąkolwiek pracę zespołową. Działo się tak, gdy tylko budziła się w nim obsesja na punkcie własnego stylu walki czy umiejętności. Na szczęście tym razem wszystko szło bez Ĺźadnych przeszkĂłd.


– Ha! Gniew!


—Albo nie.


Skoczył do przodu zza zasięgu swojego przeciwnika, wysuwając miecz, by uĹźyć niedawno zdobytej, nowej umiejętności. Spektakularnie chybił.


– …Co?! Nie jesteś zwykłym goblinem, prawda…?!


– Oczywiście, Ĺźe to zwykły goblin, chłopie! – powiedział Haruhiro, puszczając oko do Manato.


MoĹźna było liczyć na to, Ĺźe chłopaki z przodu poradzą sobie z dwoma goblinami. Haruhiro podbiegł i dostał się za goblina, ktĂłry napierał na Rantę ze swoim zardzewiałym mieczem.


– Cholera…! – Odparł atak, patrząc na Haruhiro.


Nie patrz na mnie,
pomyślał celując.


Ranta nie był jedynym, ktĂłry nabył nowe umiejętności. KaĹźdy z grupy nauczył się nowej w swoich gildiach. Ledwo co je nabyli, więc wiedzieli jedynie jak je wykonać. Haruhiro nie był pewny, czy potrafi efektywnie wykorzystać ją w walce, ale jeśli nie będzie regularnie z niej korzystał, to nigdy nie przebrnie przez ten etap.


Zapłaciłem sporo kasy, by się tego nauczyć i obiecuję, Ĺźe to opanuję,
przysięgnął.


– …Łatwiej powiedzieć niĹź zrobić.


Goblin był ostroĹźny, odwracał się często, aby sprawdzić swoje plecy, podskakując zwinnie w kółko i machając swoją zardzewiałą bronią, by utrzymać Haruhiro na dystans. Ten w rezultacie po prostu nie mĂłgł wymierzyć dobrego ciosu.


Jeśli Ranta skupiłby jego uwagę na sobie, wszystko było w porządku, lecz błędem byłoby liczyć na to, Ĺźe tak się właśnie stanie. Nie był on typem, ktĂłry pozwoliłby, by uwaga jego przeciwnika skupiła się wyłącznie na nim. Jeśli o to chodzi, Haruhiro miał podobnie. KaĹźdy z nich był zbyt przestraszony, by wdać się w powaĹźną wymianę ciosĂłw, więc krążyli wokół niego, by dostać się za jego plecy, albo chociaĹź zaskoczyć go z boku. Kręcili się tak w kółko wokół goblina, a ten kręcił się razem z nimi, uniemoĹźliwiając im wprowadzenie planu w Ĺźycie, przez co Ĺźaden z nich nie miał pojęcia, co się tak naprawdę dzieje.


– Rany! Co wy wyrabiata! – Yume wyciągnęła swoją maczetę i podbiegła do stwora, wymachując nią.


Wyglądało na to, Ĺźe go zaskoczyła. Na chwilę zamarł.


Yume machnęła swoją bronią tak, jakby rysowała znak X.


– Cięcie KrzyĹźowe!


Goblin zawył, cofając się od nagłego ataku, dzięki czemu przyjął jedynie niewielkie cięcie w ramię. Był plecami do Haruhiro.


Teraz,
pomyślał, lecz jego ciało zdążyło juĹź poruszyć się samo. W ułamku sekundy przebył dzielącą ich odległość i pchnął ze skręceniem swĂłj sztylet w plecy stwora. To była jego zdolność, DĹşgnięcie od Tyłu.


Być moĹźe dlatego, Ĺźe goblin nosił jedynie lekką, skĂłrzaną zbroję, broń chłopaka zanurzyła się w jego ciele na dobre dziesięć centymetrĂłw. StwĂłr prĂłbował się odwrĂłcić, więc Haruhiro wyszarpał sztylet z jego plecĂłw, upadając do tyłu. StwĂłr zaczął kasłać krwią i niewaĹźne co chciał potem zrobić, upadł. Wciąż drgał, lecz chłopak mĂłgł stwierdzić, Ĺźe był u bram śmierci. Jeśli by tak nie było, wiłby się duĹźo bardziej gwałtownie.


– Co…? – Spoglądał to na swĂłj sztylet, to na leżącego goblina. – Czy trafiłem w dobre miejsce? MoĹźe? Czy w złe…?


– Hola?! Muszę go wykończyć! – Ranta skoczył na stwora, trzaskając swoim mieczem w jego szyję. – Super! Zdobyłem swoje
vice!


– Yume myśli tak po kaĹźdej walce, ale mroczni rycerze są naprawdę brutalni, co nie. – Zmarszczyła brwi.


– Nie mĂłw “brutalni”! UĹźywaj bardziej eleganckiego słowa, “okrutni”! My, mroczni rycerze, słuĹźymy Bogu Ciemności, Lordowi Skullhellowi. Jesteśmy okrutnymi i nieludzkimi, zimnymi i bezwzględnymi rycerzami nieposiadającymi krwi czy Ĺ‚ez!


– Ohm, rel, ect… – Shihoru narysowała swoją laską pieczęcie Ĺźywiołów, zaczynając swĂłj czar. – Vel, darsh…!


Magowie uĹźywali mocy magicznych istot, zwanych Ĺźywiołakami. Wezwała ona Ĺźywiołaka cienia, ktĂłry wyglądał niczym masa czarnych wodorostĂłw. W trakcie lotu dało się słyszeć charakterystyczne
vwong. Był to czar “Tętent Cieni”.


Zamiast Magii Arve, magii ognia; Magii Kanon, magii lodu; Magii Falz, magii elektryczności, Shihoru wybrała magię cieni – Magię Darsh. Haruhiro w jakiś sposĂłb myślał, Ĺźe wraz z tą decyzją ujawniła się prawdziwa osobowość dziewczyny.


Ĺťywiołak cienia uderzył goblina, z ktĂłrym walczył Manato, w tył głowy. Lecz nie wpłynęło to jedynie na jego głowę: całe jego ciało było przez chwilę w drgawkach, a następnie wydało z siebie dziwny odgłos. Zamiast ciepła, zimna, elektryczności czy czystej siły, Shadow Beat był czarem, ktĂłry wykorzystywał hiper drgania do zadawania obraĹźeń.


Manato natychmiast zadał cios swoją laską, a następnie kopnął stwora na ziemię. Ranta brutalnie zakończył Ĺźycie pokonanego.


– Ĺťryj to! Zawiść…!


Dobijanie ich, gdy leĹźały juĹź na ziemi, było specjalnością chłopaka. Nie było potrzeby uĹźywania umiejętności na osłabionym juĹź, leżącym na glebie goblinie, lecz taka argumentacja nie miała miejsca w umyśle Ranty. PrĂłbował przepołowić ciało stwora swoim mieczem— nie powiodło mu się. Broń uderzyła w bok jego głowy i odskoczyła od czaszki z mokrym, głuchym odgłosem. Wkurzył się.


– Cholera! Jesteś tylko głupim goblinem! Ĺťryj to! I to! I to…!


W czasie gdy Ranta torturował umierającego przeciwnika, Haruhiro poszedł zająć się ostatnim z nich, ktĂłrego rywalem był Moguzo.


Nie, wyglądało na to, Ĺźe nie musiał niczego robić. Goblin zamachnął się swoim zardzewiałym mieczem z okrzykiem, lecz Moguzo zablokował cios półtorakiem. Ich ostrza się zblokowały. Miał teraz przewagę – był silny, a takĹźe nauczył się umiejętności, ktĂłra pozwalała mu błyskawicznie przejść z takiej sytuacji w atak.


– Haajaa…! – Moguzo owinął swoim mieczem zardzewiałe ostrze goblina, tnąc potwora w twarz czubkiem półtoraka. Owa zdolność nosiła nazwę “Natarcie”. Nie był szybki, lecz przy tym był dosyć zręczny. Po tym ciosie przeciwnik osłabł i cofnął się.


– Teraz! – krzyknął Haruhiro, a Moguzo ruszył naprzĂłd. PrzybliĹźył się i ciął ukośnie z całą mocą. – Dzięki!


Szaleńczy Atak był najbardziej podstawową z podstawowych umiejętności, ktĂłrych uczono wojownikĂłw podczas treningu dla początkujących. Wyglądało to na coś, co kaĹźdy mĂłgłby powtĂłrzyć po zobaczeniu, lecz prawdopodobnie ciężko było znaleźć odpowiedni moment do zadania takiego ciosu. Ilekroć Moguzo uĹźywał tej umiejętności, krzyczał “Dzięki”, więc wewnątrz ekipy nazywali to â€œCięciem dziękczynnym”. Ta z pozoru urocza nazwa skrywała za sobą potężne uderzenie.


Jego broń przeszła przez ramię goblina i zatrzymała się dopiero w połowie klatki piersiowej. Ze stęknięciem machnął nią, a stwĂłr po prostu odleciał.


– Jupi! – Ranta pognał do ciała, ktĂłre przygwoĹşdził jeszcze mieczem.


Haruhiro musiał zgodzić się z Yume: naprawdę był brutalny. Odciął ucho goblina noĹźem, z okrzykiem na ustach. Jego zachowanie było istnie barbarzyńskie.


– Gwahaha! Trzy
vice’y z rzędu! To juĹź w sumie jedenaście! MĂłj demon zyskał siłę! Ilekroć będzie chciał, będzie szeptał do uszu wrogĂłw, by ich rozproszyć! To wspaniałe!


– Ilekroć będzie chciał…? – powiedział Haruhiro z westchnieniem. – TwĂłj demon jest naprawdę bezuĹźyteczny, co nie?


– Hej! Nie przepuszczę ci tego! Nie obraĹźaj Zodiaczka albo cię przeklnę!


“Zodiaczek” było imieniem, ktĂłre nadał Ranta swojemu demonowi. Cóş, jego prawdziwym imieniem był Zodiack. “Zodiaczek” był bardziej przezwiskiem. Tak czy owak był bezuĹźyteczny.


– I tak moĹźesz go wezwać jedynie w nocy.


– Kretynie, kiedy osiągnę jedenaście
vice’ów, jego ranga wzrasta, więc będę mĂłgł go wezwać o zmierzchu lub tuĹź przed wschodem słońca.


– Hmm. Cóş, tak, ale… – Yume nadęła swoje policzki ze złości, lecz jej oczy świeciły. To była tak złoĹźona ekspresja. – W przeciwieństwie do swojego właściciela, Zodiaczek jest chociaĹź troszeczkę uroczy, wiecie?


– Nie jestem jego właścicielem! Nie moĹźesz “posiadać” demona jak jakiegoś zwierzaka. Jeśli juĹź, to on mną zawładnął. Koniec końcĂłw jest demonem!


– …Co znaczy – Shihoru spojrzała na ziemię, śmiejąc się złowieszczo – Ĺźe nim zdołał przekląć Haruhiro, juĹź dawno przeklął Rantę…


– C-cóş, no tak, chyba jestem przeklęty. J-jestem?! Naprawdę? Demonie, przekląłeś mnie? Nie ma mowy, prawda? Zodiaczku? Co o tym myślisz? Chwila, nie, jest dzień, nie mogę go zapytać…


– Dobra robota. – Manato spojrzał na kaĹźdego z nich z uśmiechem. – Uleczę wasze rany, więc— W sumie wygląda na to, Ĺźe nikt nie został ranny. Jednak jeśli czujecie jakiś bĂłl, po prostu mi powiedzcie. Lecz jak z wami wszystko w porządku, to sprawdĹşmy sakiewki goblinĂłw.


– Ja, ja, ja! Ja to zrobię! Ja! PozwĂłlcie mi! – krzyczał Ranta.


W trzech sakiewkach znaleĹşli siedem szylingĂłw, dwa kamienie, ktĂłre wyglądały jakby były coś warte, trzy kły oraz kości, ktĂłre nie wiedzieli, czy są w stanie sprzedać. Do tego róşne graty, ktĂłre uznali za bezwartościowe. ZaleĹźnie od ceny kamieni, jeśli będą mieli szczęście, to skończą z ponad dziesięcioma szylingami, lecz nawet bez tego zarobią co najmniej osiem.


Opuścili Alternę o 7:00 rano, aĹźeby dotrzeć do Starego Miasta o 8:00. Oceniając po pozycji słońca, było juĹź po południu. Haruhiro i pozostali urządzili goblinom prosty pochĂłwek, a raczej zwyczajnie je sprzątnęli. Po zajęciu się zwłokami, urządzili sobie popołudniową przerwę nieopodal. KaĹźdy z nich przyniĂłsł chleb, suszone mięso oraz inne artykuły spoĹźywcze w swoich plecakach. To był czas na na chwilę relaksu przy drugim śniadaniu.


– Och, muszę się pomodlić. – Yume odkroiła swoim noĹźem cienki kawałek suszonego mięsa, kładąc je na ziemi. Zamknęła oczy i złoĹźyła dłonie w geście modlitwy. – Biały Bogu Elhitku, dziękuję ci za wszystko. Yume podzieli się z tobą swoim jedzeniem, więc miej ją w swojej opiece, okej?


– Więc, to co tutaj robisz… – powiedział Haruhiro, odrywając kawałek chleba. Pochodził on z Piekarni Tattana, zaraz za Zachodnim Miastem. Był twardy jak skała, lecz takĹźe tani i wystarczająco dobry. – To rytuał, ktĂłry jest zapisany w zasadach gildii łowcĂłw, prawda? Musisz oferować część swojego jedzenia dla swojego boga, tak?


– Oczywiście. – Otworzyła z entuzjazmem szeroko oczy i odwrĂłciła się w jego kierunku. – Biały BĂłg Elhitek jest takim naaaaprawdę duĹźym wilkiem, wiesz? No i jest taki naaaaprawdę duĹźy Czarny BĂłg nazywający się Rigel, ktĂłry teĹź jest wilkiem. Elhit i Rigel są ze sobą w bardzo złych stosunkach. Dzięki temu, Ĺźe Elhitek czuwa nad nami, nie zdarzają się nam Ĺźadne przykre wypadki podczas codziennych polowań.


– Więc jest to prostu wyraz czci. Łowcy wyznają Białego Boga Elhita, jednak ty nazywasz go â€œElhitek” i oferujesz mu część swojego posiłku. Czy to w porządku?


– Tak, wszystko jest okej – zachichotała. – Jest wyrozumiały, więc Yume nie sądzi, by denerwował się na nią z takiego powodu. Tak naprawdę nigdy nie był na nią zły.


– …Twoje uczucia – powiedziała Shihoru, trzymając z ostroĹźnością pączka w dłoniach. – Myślę, Ĺźe to twoje uczucia docierają do boga. Jednak to tylko moja myśl…


– Tak – powiedział z przytaknięciem Manato, biorąc łyk ze skĂłrzanego bukłaka. – Słowa, ktĂłre wypowiadasz, są waĹźne, ale jeszcze waĹźniejsze są uczucia, ktĂłre im towarzyszą. Modlitwy kapłanĂłw w naszej magii światła nie zadziałają, jeśli wypowiemy nieprawidłowo ich słowa, ale nie sądzę, by twoje modlitwy były takie same.


– Yume wkłada w to naprawdę duĹźo, duuuuĹźo uczucia. – RozłoĹźyła szeroko swoje ramiona, aby im pokazać. – Yume chodzi nocą spać, nie? Cóş, jak zasypia, Elhitek pojawia się często w jej snach. Raz zapytała “czy mogę przejechać się na twoich plecach, Elhitku?”, a on odpowiedział “jasne”. Więc poszła na przejaĹźdĹźkę i biegaliśmy razem tak,
ziuum. On jest szalenie szybki. Yume powiedziała “to jest wspaniałe”.


– …Ta historia – Ranta z kwaśną miną Ĺźuł głośno swoje suszone mięso – ma jakąś puentę, prawda? Trzymałem język za zębami i słuchałem bardzo długo, więc jeśli nie będzie jakiejś puenty, to się załamię. Tak serio.


– Puenta? – Dziewczyna przekrzywiła głowę do boku i raz za razem mrugała. – Nie. Nie ma Ĺźadnej.


– Super! – krzyknął i nadzwyczajnie szybko uderzył się w czoło. – Jesteś głupia?! Nie opowiadaj długich historii bez puenty! Co zrobisz, jeśli utonę na Ĺ›mierć, nie będąc w stanie uciec od spirali złamanych oczekiwań?!


– Śmiało… – wymamrotała półszeptem Shihoru. – Chciałabym, Ĺźebyś się utopił na Ĺ›mierć…


– Ach! – Ranta wskazał na nią. – Ach! Achhhh! Słyszałem! Słyszałem, Shihoru! Właśnie powiedziałaś, Ĺźebym sobie umarł, tak, tak?!


– …Powiedziałam tylko, Ĺźe chciałabym, Ĺźebyś się utopił.


– Prosisz nawet o konkretny powĂłd śmierci! Jesteś okropna! To jest najgorsza rzecz, jaką moĹźna zrobić! Jesteś najbardziej zepsutą, okropną dziewczyną w całej historii świata! Właśnie tym jesteś!


– Nie zwracaj na niego uwagi, Shihoru. – Yume trzymała ją mocno i głaskała po głowie. – Koniec końcĂłw ten gość mĂłwi, Ĺźe to jest najgorsza z najgorszych rzeczy. Nie zrobiłaś niczeeeego złego. To Pan Okropny jest tutaj winny wszystkiemu. Jest tak zły, Ĺźe być moĹźe nie jest nawet człowiekiem.


– Jestem człowiekiem, dobra?!


– Nawet jeśli masz loki – powiedział Haruhiro.


– Tak! Nawet z lokami… – zaczął zgadzać się Ranta. Wtedy odwrĂłcił się, gniewnie patrząc na Haruhiro i ciągnąć swoje włosy. – Kręcone włosy nie mają z tym nic wspĂłlnego! Do licha, rozwaĹźyłbym nawet ustalenie warunku posiadania lokĂłw do bycia człowiekiem! Ci bez kręconych włosĂłw nie są ludĹşmi! Co wy na to?!


– …Jeśli tak to ma wyglądać – oznajmił Moguzo, połykając w całości twardą bułeczkę rozmiaru pięści – chyba nie chcę być człowiekiem.


– Yume teĹź nie.


– …Ja teĹź nie.


– Tak samo.


– Chwila. – Twarz Manato przybrała zadziwiająco powaĹźny wyraz. – ZastanĂłwmy się nad tym spokojnie, dobra? ZastanĂłwmy się, czy prawdziwym problemem są tutaj kręcone włosy. Myślę, Ĺźe nie. One nie zrobiły niczego złego. Nie wolno ich za to winić. W sumie powiedziałbym, Ĺźe są one ofiarą.


– Hm? – Ranta ciągnął swoje włosy. – …Ofiarą? One? Więc co, czarnym charakterem jestem… jaaaa?! MĂłwisz, Ĺźe to moja wina, Ĺźe stały się złe?!


– Ĺťartowałem, Ranta.


– Manato! Zawsze się szczerzysz, więc ciężko powiedzieć, kiedy Ĺźartujesz, a kiedy mĂłwisz na serio! Jesteś skrycie złym sukinkotem noszącym uśmiech jak maskę!


– N-nie jest! – Shihoru wstała i krzyknęła. Jej twarz była cała czerwona i wyglądała tak, jakby w kaĹźdej chwili z jej uszu mogła wydostać się para. – N-nie jest zły! N-nie pan Manato! Nie jest skrycie zły ani nie jest sukinkotem! O-odszczekaj to! T-teraz! ZrĂłb to!


– …Uch, jasne. – Ranta był zaskoczony. – Ale naprawdę muszę? Wiesz, Ĺźe tak naprawdę tak nie myślę? Jeśli ktoś mnie obraĹźa, sprawiedliwym byłoby oddanie mu tym samym, co nie?


– O-odszczekaj to!


– D-dobra. Dobra. Zrobię to. Poprawię się. Manato nie jest zły. Jest czyściutki. Widzę go w Ĺ‚aĹşni kaĹźdego dnia, więc wiem. Jest czyściutki i bialutki. Naprawdę. Blady, jak na chłopaka. W sumie nawet jak na standardy dziewczyn byłby blady.


– B-bialutki… – Shihoru wyglądała na troszkę przyćmioną. – …Pan Manato bialutki… ŁaĹşnia…


– Naprawdę jestem blady? – PorĂłwnał odcień swojej skĂłry do koloru kapłańskich szat. – Nie sądzę, Ĺźe jestem aĹź tak blady. Haruhiro, co sądzisz?


– Tak, tak jakby… – Haruhiro spoglądał to na Shihoru, to na Manato, porĂłwnując.


Manato jest blady, ale Shihoru jeszcze bardziej. Ale to nie jest teraz waĹźne. Domyślałem się, Ĺźe tak wygląda sytuacja, ale teraz jestem prawie pewny. Shihoru czuje coś do Manato. ZauwaĹźył to? Nie sądzę, Ĺźe jest aĹź tak głupi, więc to musi być coś innego. MoĹźe tylko udaje, Ĺźe nie zauwaĹźył? Jeśli tak, moĹźe nie czuje tego samego w stosunku do niej. Biedna Shihoru, ale w sumie, nie mi to oceniać.


– MoĹźna powiedzieć, Ĺźe jesteś blady. Tak. Jesteś blady. I twoja skĂłra jest gładka.


– SkĂłra… gładka… – Shihoru wyglądała, jakby miała zaraz upaść. – Gładka… skĂłra…


– Shihoru, wszystko w porządku? – Yume ją podtrzymała. – Jeśli będziesz za duĹźo fantazjowała, sprawi to tylko kłopoty. Powinnaś sprĂłbować to kontrolować. Shihoru? Shihoru?


– Nie… – Jej oczy zaczęły się obracać. Kurczowo uczepiła się Yume.


Cholera,
pomyślał Haruhiro. Chyba poszedłem za daleko. Zachowywała się dosyć uroczo, a zarazem nieco śmiesznie, więc nie mogłem się powstrzymać.


Ranta zadrwił z nich i zaczął jeść chleb. Wyglądał na niezadowolonego z takiego obrotu spraw.


Ciekawe czemu. MoĹźe Ranta czuje coś do Shihoru? Wygląda na to, Ĺźe ona lubi Manato, więc moĹźe jest zły z tego powodu? Jeśli tak, to najwyĹźsza pora, by spojrzał dokładnie na samego siebie. Zacznijmy od tego, kumplu, Ĺźe nie zrobiłeś niczego, za co jakakolwiek dziewczyna by cię pokochała. PĂłki co robiłeś wszystko, by cię znienawidziły.


– Staliśmy się dobrą druĹźyną – powiedział cicho Manato do samego siebie.


– Co?


– MoĹźemy teraz walczyć z trzema goblinami jednocześnie. Nikt nie został nawet ranny, więc moĹźna śmiało przypuszczać, Ĺźe poradzilibyśmy sobie z większą liczbą. Yume walczy duĹźo lepiej maczetą niĹź swoim łukiem. Ma duĹźo siły. Jeśli zastanowimy się trochę więcej nad naszą taktyką, to moĹźe wkrĂłtce poradzimy sobie nawet i z czwĂłrką.


– Och, co do tego… – Haruhiro to sobie wyobraził. Moguzo i Manato mogli wziąć po jednym na siebie, a on, Ranta i Yume poradziliby sobie z pozostałą dwĂłjką. Czuł, Ĺźe gdyby Shihoru złapałaby jednego z nich swoim Tętentem Cieni, Ĺźeby reszta mogła go szybko wykończyć, to mogłoby się udać. – Tak, czwĂłrka brzmi wykonalnie.


– Wiedziałem, Ĺźe będziemy mogli polegać na Moguzo. Koniec końcĂłw jest olbrzymi. Samą swoją obecnością budzi grozę u wroga. Dodatkowo ze swoim precyzyjnym fechtunkiem zrobi wszystko, co musi zostać zrobione.


– Ach, teĹź o tym myślałem. Jest utalentowany.


– …N-naprawdę? – Połknął bułeczkę. – Tak myślicie? Nie wiem dlaczego, a-ale lubię precyzyjne prace.


– To do ciebie nie pasuje! – krzyknął Ranta, rozładowując swoją frustrację na nim.


Moguzo tylko wzruszył ramionami.


– T-tak, teĹź tak myślę…


– Hej, to przecieĹź dobrze – powiedział Haruhiro, patrząc nieco gniewnie na Loczka. – Moguzo nie jest niechlujny, tak jak pewna osoba.


– Och? Co, to do mnie? Do mnie, ktĂłrego nazywają Huraganowo Szybką Maszyną Precyzji?


Yume patrzyła chłodno na Rantę, głaszcząc krzepiąco Shihoru po głowie.


– Nikt nigdy cię tak nie nazwał.


– Ranta teĹź jest zdumiewający. – Sądząc po Ĺ‚agodnym wyrazie twarzy Manato wcale nie Ĺźartował. – SzczegĂłlnie jego gotowość do ataku. Jest zawsze przygotowany. Nie boi się poraĹźki, dlatego najbardziej z nas wszystkich poprawił się w uĹźywaniu umiejętności. Reszta, wliczając w to mnie, jest bardziej ostroĹźna, moĹźna tak powiedzieć. Bez niego w pobliĹźu nie zrobilibyśmy tak ochoczo kolejnych krokĂłw naprzĂłd.


– No tak, teĹź tak myślę? – powiedział, rozglądając się wokół niepewnie. Czy to go zdenerwowało? – Cóş, no wiecie jak mnie zwą. Wichrową Maszyną Kroczenia NaprzĂłd, prawda?


– Co stało się z Huraganowo Szybką Maszyną Precyzji? – droczył się z nim Haruhiro.


– Co do Shihoru… – Manato zatrzymał się, by złapać oddech.


Więc jednak zauwaĹźył jej uczucia skierowane ku niemu,
domyślił się Haruhiro.


– …Shihoru jest zawsze świadoma tego, co dzieje się wokół niej. Magia Darsh ma duĹźo zaklęć, ktĂłre mogą zdezorientować lub skrępować cel, jeśli dobrze pamiętam. To pozwala jej nam pomagać, kiedy tego potrzebujemy. Chciałaś nauczyć się Magii Darsh po to, by być dla nas wsparciem, prawda Shihoru?


Dziewczyna przez chwilę patrzyła beznamiętnie, lecz po chwili skinęła głową bez słowa.


Myślałem, Ĺźe pominęła tak oczywiste wybory jak ogień, lĂłd czy elektryczność i wybrała bardziej niszową opcję, poniewaĹź taką właśnie była osobą. Myliłem się? Tutaj nie miały znaczenia jedynie jej gusta. Shihoru naprawdę głęboko zastanowiła się nad tym wyborem. Jestem tak głupi. Nic o niej nie wiem.


Manato spojrzał na Yume.


– Myślę, Ĺźe Yume moĹźe być najodwaĹźniejsza z nas wszystkich. Nie boi się niczego. Jako uzdrowiciel wolałbym, Ĺźeby była ostroĹźniejsza, ale jestem wdzięczny za to, Ĺźe będzie obok nas prawdopodobnie zawsze, kiedy stanie się coś złego.


– Yume najodwaĹźniejsza? – powiedziała, wskazując na siebie, a jej twarz rozpływała się z radości. – Pewnyś? Yume jest naprawdę taka odwaĹźna? Nie sądzi, Ĺźe ktokolwiek powiedział jej kiedykolwiek coś takiego. Jednak prawdopodobnie myśli, Ĺźe niewiele jest strasznych rzeczy. Ma teĹź nadzieję, Ĺźe przymkniecie oko na to, Ĺźe jest łowcą, ktĂłry nie umie uĹźywać łuku.


– KaĹźdy ma jakieś słabości i rzeczy, ktĂłrych nie potrafi zrobić – odpowiedział Manato, tak jakby prĂłbował przekonać teĹź samego siebie. – Jeśli jest się samemu, te słabości mogą okazać się tragiczne w skutkach, ale jesteśmy druĹźyną. MoĹźemy wzajemnie nadrabiać nasze braki.


– Och, tak. – Przytakiwała raz za razem. – To prawda. Yume moĹźe wam sprawiać kłopoty w przyszłości, ale zawsze będzie prĂłbować najpiersiej.


Ranta prychnął szyderczo.


– Miałaś na myśli “najlepsiej”, tak jak “najlepszy”, a nie â€œnajpiersiej”. Najpiersiej brzmi jak, no wiesz, jakbyś potrzebowała jakiegoś specjalnego rodzaju piersi.


– Najpiersiej… – Dotknęła swoich piersi. – Yume zastanawia się jakie piersi są najpiersiejsze. Jak dalece są spokrewnione z jej małymi piersiami?


Dziwnym byłoby to tak zostawić, więc Haruhiro się zaoferował.


– …MoĹźe są z tej samej rodziny?


Yume spojrzała na niego z całkowitą powagą w oczach.


– Naprawdę myślisz, Ĺźe są z tej samej rodziny, panie Haru?


– N-nie wiem. Zastanawiam się nad tym.


– Yume teĹź się zastanawia. Najpiersiejsze piersi. Wiecie, to brzmi trochę uroczo.


– Najpie… – Moguzo zaczął mĂłwić, lecz kiedy wszyscy odwrĂłcili się do niego, pot pojawił się na jego czole. Pomachał jedynie rękoma i pokręcił głową. – T-t-t-t-t-to nic takiego. N-n-naprawdę, nic.


– …Teraz jestem ciekawa – powiedziała Shihoru.


Przyglądała się mu, lecz ten opuścił tylko wzrok i wymamrotał “P-przepraszam”, więc nikt więcej na niego nie napierał. Ale co miał do powiedzenia? Haruhiro teĹź było dosyć ciekawy, moĹźe nawet w takim samym stopniu jak Shihoru.


Po tym wszystkim, w dalszym ciągu prowadzili gadkę szmatkę przy drugim śniadaniu do czasu, kiedy nie zaczynała się ich popołudniowa praca. Kiedy tak odchodzili, coś przyszło mu do głowy.


Manato pochwalił wszystkich innych, a nie powiedział kompletnie niczego o mnie? MoĹźe po prostu zapomniał.
A moĹźe w Haruhiro nie było niczego godnego pochwalenia? Co jeśli ma o mnie niską opinię? Myślę jednak, Ĺźe duĹźo ze sobą rozmawiamy. MoĹźe przydaję się tylko jako osoba do rozmowy?


Trochę go to zmartwiło, ale było za późno, by zapytać “Hej, Manato, a co ze mną…?”. To byłoby zbyt zawstydzające.


Ach, no cóş.


Prawdopodobnie tylko zapomniał albo rozmowa poszła dalej, nim zdążył do niego dotrzeć, to wszystko. Wciąż jednak było to trochę niepokojące dla Haruhiro, ale w ten sposĂłb postanowił to wziąć na siebie.


Skup się, chłopie. Musisz się skupić.


– …Znalezione.


PodniĂłsł rękę, sygnalizując grupie, by się zatrzymała. Ukrywali się w cieniu, pĂłki nie przeprowadził zwiadu. Oczywiście robił to sam. Bywały rzadkie przypadki, kiedy Ranta chciał iść z nim, ale Haruhiro szczerze sądził, Ĺźe było mu Ĺ‚atwiej samemu. W ten sposĂłb musiał martwić się jedynie o siebie.


Kiedy zaoszczędzę wystarczająco pieniędzy, Skradanie jest jedną z umiejętności złodzieja, ktĂłrej chcę się nauczyć. Oczywiście chodząc teraz, staram się nie robić Ĺźadnego hałasu, ale na pewno istnieją do tego jakieś sztuczki. Chcę wiedzieć, co to jest. Chcę, by Barbara-sensei mnie tego nauczyła.


Ich cele były w zdezelowanym, piętrowym budynku, zrobionym z kamienia. Piętro w większości było zniszczone, a część ściany na parterze takĹźe się zawaliła. Na piętrze, ktĂłre wyglądało raczej jak otwarty balkon, był goblin ubrany w wyglądającą na solidną, metalową zbroję, z mieczem u boku, natomiast na parterze był kolejny, siedzący na ziemi. DuĹźy gob.


Większość z nich miało od stu dwudziestu do stu trzydziestu centymetrĂłw wysokości. Te, ktĂłre osiągały sto czterdzieści, były dosyć duĹźe jak na swĂłj gatunek. To rasa stworzeń wielkości ludzkiego dziecka. Ale ten tutaj był całkiem inny. Ciężko było ocenić jego wzrost z takiej odległości, lecz bez dwĂłch zdań był rozmiar, a nawet dwa, większy od tego na gĂłrze.


Nigdy wcześniej nie widziałem takiego goblina. Co do ekwipunku, czy on nosi kolczugę? Ma nawet prosty hełm. Nie mogę z takiej odległości stwierdzić, jaką ma broń.


Przeszukałem obszar dookoła budynku i nie wygląda na to, by było ich tu więcej. Są dwa. Uzbrojony i niesamowicie duĹźy.


PowrĂłcił do reszty.


– To niebezpieczne. Są tylko dwa, ale jeden z nich jest olbrzymi. MoĹźe nawet tak duĹźy jak ja.


– Hobgoblin. – Oczy Manato się trochę rozszerzyły. – To rodzaj goblinĂłw, ktĂłre są większe od tych zwykłych. Głupie bestie, ktĂłre są niewolnikami swoich braci, więc moĹźe to jeden z nich.


– Och, tak? – Ranta oblizał sobie usta. – Jeśli ma niewolnika, to moĹźe jest jakimś waĹźniakiem, nie sądzicie? Jeśli tak, to na pewno łup z niego będzie świetny.


Haruhiro pogłaskał się po policzku.


– …Miał na sobie metalowy pancerz. Hobgoblin miał na sobie kolczugę. A takĹźe hełm. Być moĹźe wystarczająco duĹźy, by jakiś człowiek go nosił.


– Ooch… – jęknął z uznaniem Moguzo. Odkąd, jako wojownik, walczył on z przeciwnikami w bezpośredniej walce, defensywne przedmioty stały się dla niego waĹźne. Były jednak teĹź drogie. Przedział cenowy nowych egzemplarzy zdecydowanie nie znajdował się w ich zasięgu, a jeśliby chcieli zadowolić się uĹźywanymi, musieliby męczyć się z szukaniem takich, ktĂłre pasują, lub pĂłjść do zbrojmistrza, by zmienił ich rozmiar. Dlatego teĹź wszyscy, w tym Moguzo, wciąż uĹźywali ekwipunku, ktĂłry otrzymali od swoich gildii.


– DwĂłjka… – Opuścił wzrok. Wyglądał niepewnie.


– Hmm. – Yume spojrzała ukosem w gĂłrę, zamyślona. – Yume sądzi jednak, Ĺźe z dwĂłjką sobie poradzimy.


– Jeśli ja… – Shihoru mocno ścisnęła swoją laskę – …zdołam trafić jednego z nich swoim czarem, powinno to ułatwić nam sprawę… tak myślę.


– Yume sprĂłbuje świsnąć kilka strzał. Nawet jeśli nie trafi, gobusie się wystraszą i wtedy będziemy mogli na nie ruszyć.


Manato spojrzał na twarze swoich towarzyszy. Wszyscy byli chętni do walki. Być moĹźe jego wcześniejsze pochwały podniosły ich morale, poniewaĹź byli bardziej podekscytowani niĹź zazwyczaj. Haruhiro nie był, przez co czuł się trochę wykluczony, ale nie chciał wychodzić na marudę.


– Więc chyba działamy – powiedział, a Manato mu przytaknął.


– ZrĂłbmy to.


Błyskawicznie ułoĹźyli plan. Haruhiro, Yume i Shihoru poszli przodem, rozpoczynając akcję atakiem z dystansu. Kiedy wrĂłg ich zauwaĹźy, pozostała dwĂłjka ruszy na przednie linie. Moguzo weĹşmie na siebie hobgoba, a Manato tego uzbrojonego. Haruhiro, Ranta i Yume zaatakują z tyłu lub z bokĂłw, zaś Shihoru będzie wspierać ich magią z dystansu.


Zebrali się w krąg, kładąc swoje dłonie na Ĺ›rodku. Manato krzyknął “Fighto!” i wszyscy wyrzucili je w powietrze, krzycząc “Ippatsu!”.


W pewnym momencie zaczęli to robić, Ĺźeby podnieść morale przed walką, ale to dlaczego to robili wciąż pozostawało tajemnicą dla Haruhiro.


– …Czym jest w ogĂłle
fighto ippatsu? – skomentował.


– …Nie wiem. – Shihoru przekrzywiła głowę do boku, zdezorientowana. – Lecz robienie tego daje mi jakieś mgliste uczucie nostalgii.


– Yume teĹź to czuje, ale nie wie, co to jest. Dziwne.


Haruhiro zbliĹźył się do dwukondygnacyjnego budynku w towarzystwie dziewczyn. Chłopaki podążali za nimi, jakieś sześć czy siedem metrĂłw dalej. Jakiegokolwiek zasięgu nie miałby łuk, magia ma zasięg około dziesięciu metrĂłw.


MoĹźemy wystarczająco się zbliĹźyć? To moĹźe być trochę trudne, wręcz niemoĹźliwe. Nie uĹźyjemy tej Ĺ›ciany. Jest jakieś piętnaście metrĂłw od budynku, lecz jeśli ją przekroczymy, zauważą nas.


Haruhiro przybliĹźył swoją twarz do ucha Shihoru. Chciał coś jej szepnąć, ale dochodził od niej tak wyraĹşny, słodki zapach, Ĺźe ciężko było mu złapać oddech.


– …Shihoru, masz coś na sobie?


– …Co? Co masz na myśli?


– Nie, nic waĹźnego. Przepraszam. Myślisz, Ĺźe zdołasz ich uderzyć z tego miejsca? Wiem, Ĺźe jest trochę daleko.


– …SprĂłbuję. Nie jestem jednak tego pewna.


Podniosła swoją dłoń do biustu, biorąc głęboki wdech. Yume przygotowała łuk i naciągnęła strzałę na cięciwę. Goby nie patrzyły w ich stronę. DwĂłjka wyskoczyła zza ściany, a Shihoru poczęła rysować pieczęcie Ĺźywiołów swoją laską.


– Ohm, rel, ect, vel, darsh…!


Z charakterystycznym
vwong, Ĺźywiołak cienia wyglądający jak klucha czarnych wodorostĂłw wystrzelił z końca jej laski. W tym samym czasie Yume wypuściła strzałę. Przeleciała ona nad głową opancerzonego goba, zaś Ĺźywiołak uderzył hobgoba w lewe ramię, ktĂłre zaczęło bulgotać i się skręcać. Wyglądało na to, Ĺźe opancerzony goblin zauwaĹźył strzałę. OdwrĂłcił się w ich stronę.


– ZauwaĹźyli nas! – wrzasnął Haruhiro.


– Wchodzimy! – Manato wydał natychmiast rozkaz.


Hobgob podniĂłsł niepewnie kolczastą maczugę leżącą pod jego stopami. Wyglądało na to, Ĺźe Tętent Cieni zadziałał.


Opancerzony gob miał coś w swoich dłoniach. Co to było? Broń? Wyglądało na Ĺ‚uk zamontowany na końcu solidnej kolby. Wycelował tym w ich kierunku.


Haruhiro połoĹźył dłonie na ramionach dziewczyn. PrĂłbował powiedzieć,
schowajcie się za osłonę. Strzała poleciała, nim zdążył to zrobić.


Popchnął je tak, Ĺźe wylądowały na tyłkach. Zrobił krok w tył jęcząc. Wtedy przeszył go bĂłl. Po lewej stronie jego klatki piersiowej. Była tam. Strzała. Bolało. Bolało, bolało, bolało.


Przykucnął. Poruszanie się bolało. Nie poruszanie się bolało. Bolało tak mocno, Ĺźe nie mĂłgł oddychać.


Shihoru cicho krzyknęła, kiedy to Yume połoĹźyła dłoń na jego plecach.


– Panie Haru…?!


Dyszał, nie będąc w stanie powiedzieć, Ĺźe to bolało.


Nie dotykaj mnie. Po prostu nie. To boli. Jest Ĺşle. Umrę? Co nie? Ja, umrę? Nie, tak się nie stanie. Nie sądzę. Przynajmniej nie chcę umrzeć. Jednak to boli. Pomocy. Ktokolwiek. Nie jest dobrze. W ten sposĂłb nie dam dalej rady.


– Haruhiro!


To Manato. Manato jest tutaj dla mnie.


Manato nagle wyrwał strzałę. Poczuł jakby razem z tym zostało wyrwane coś waĹźnego i odkaszlnął krwią.


J-jeśli to zrobisz, umrę, Manato.


Ten jednak się o to nie martwił, czyniąc znak heksagramu i modląc się nad nim.


– Światło, niech boska ochrona Lumiarisa zstąpi na ciebie… Uzdrowienie.


Światło wystrzeliło z jego dłoni, zamykając ranę Haruhiro.


Myślę, Ĺźe chyba jestem uzdrowiony. Ale bĂłl nie odejdzie.


Wdech, wdech i jeszcze raz wdech. Wydychanie powietrza sprawiało zbyt mocny bĂłl. Z czasem jednak się zmniejszył. MĂłgł prawidłowo oddychać. SprĂłbował dotknąć prawej strony swojej klatki piersiowej. Była przesiąknięta krwią, ale nie bolała.


– M-Manato…! – wrzasnął Ranta. – Pospiesz się! N-nie dajemy juĹź rady…!


– Wszystko okej, tak?! – krzyknął Manato i jak tylko Haruhiro mu przytaknął, pospiesznie odbiegł.


Och, racja.
Kiedy był leczony po ranie postrzałowej, bitwa rozkręciła się na dobre. Spojrzał w kierunku budynku. Walka rozgorzała, Moguzo był naprzeciwko hobgoblina, a Ranta i Yume walczyli z tym opancerzonym. Czy Manato planował pomĂłc tej dwĂłjce?


Kropla światła z Magicznego Pocisku Shihoru uderzyła w hobgoba, lecz ten nawet się nie ruszył. Haruhiro błyskawicznie wstał na rĂłwne nogi. Powinni sobie jakoś poradzić, jeśli Manato pomoĹźe w walce z opancerzonym goblinem. Musiał coś zrobić w związku z tym drugim.


– Moguzo, trzymaj się…! – krzyknął i zajął pozycję za przeciwnikiem. Uwaga potwora musiała być całkowicie skupiona właśnie na Moguzo, poniewaĹź nawet nie spojrzał na Haruhiro. W ten sposĂłb będzie mu Ĺ‚atwo wykorzystać DĹşgnięcie od Tyłu. Przynajmniej tak powinno być, lecz nie mĂłgł podejść wystarczająco blisko.


Wzrost hobgoblina mieścił się gdzieś pomiędzy tym Haruhiro, a Moguzo. Wyglądał teĹź na grubszego od wojownika. Jego kolczasta maczuga była zrobiona z drewna, lecz była teĹź dosyć wielka. Jeśli ktĂłryś z nich otrzymałby uderzenie z czegoś takiego, nawet Moguzo ze swoją kolczugą nie wyszedłby z tego nietknięty.


Kolczuga. Jasne. Jego kolczuga jest problemem. Nie tylko jego gĂłrna część ciała, ma nawet spodnie wykonane z ogniw łańcucha. No i na dodatek ten hełm. MoĹźna nazwać to doskonałą obroną. W ogĂłle mogę coś zdziałać swoim sztyletem?


Dzięki! – Moguzo uĹźył swojego specjalnego ataku, Cięcia Dziękczynnego.


Haruhiro był gotowy, by mu przyklasnąć, jednak po chwili stał z rozdziawioną gębą. Półtorak uderzył w lewe ramię hobgoblina, lecz ten jedynie trochę się zachwiał, nie przerywając walki i kontratakując. Moguzo ledwo co zdążył sparować atak maczugą. Nie, został odepchnięty. Jego postawa rozleciała się.


Jest źle. Moguzo zostanie zdjęty.


– Czemu, ty…! – Haruhiro sprawdził ciało hobgoba, prĂłbując pchnąć go sztyletem. Nieprzyjemny odgłos, ale— niedobrze, ostrze nie przejdzie. Odbiło się. Przeciwnik zatoczył się do przodu, a następnie odwrĂłcił się do niego.


Maczuga nadchodzi.


Odskoczył.


– Hola?!


To straszne. Nawet mnie nie drasnął. Miałem sporo zapasu, ale to nie zmienia faktu, Ĺźe było niebezpiecznie. Tak jakby moje wnętrzności zwinęły się w kłębek, tak jakbym był bardziej martwy niĹź Ĺźywy.
Haruhiro się wycofał. Nie miał innego wyboru.


– N-nie mogę tego zrobić…!


– Ohm, rel, ect, vel, darsh…! – wypowiedziała zaklęcie Shihoru. Ĺťywiołak cienia trzasnął w bok hobgoblina, wywołująć hiper-wibracje.


Moguzo opuścił swĂłj półtoraręczny miecz na stojącego w spazmach przeciwnika.


– Hungh!


Cios w głowę. Poszły iskry, hełm się wgniĂłtł, a hobgob się zachwiał.


– T-teraz jest nasza szansa! – krzyknął Haruhiro i ruszył do pomocy. Kopnie go w biegu. Przeciwnik był straszny, ale nie będzie taki jeśli zdoła go przewrĂłcić.


Przed skokiem zawołał go Manato.


– Haruhiro, tutaj! Ranta powalony…!


– Co?! – Obejrzał się, by zobaczyć chłopaka leżącego na ziemi, krwawiącego z szyi. – J-jego szyja…?!


Manato prĂłbował sprawdzić jego rany, co oznaczało, Ĺźe Yume musiała sama mierzyć się z opancerzonym gobem.


Cholera, jest Ĺşle.


Haruhiro zaszarĹźował na przeciwnika, wrzeszczącego i wymachującego swoim ostrym mieczem w kierunku Yume, ktĂłra przed nim uciekała.


– Hej, tutaj!


ZwrĂłcił jego uwagę, lecz teraz musiał wymieniać z nim ciosy. Nie Ĺźeby w ogĂłle mĂłgł. Opancerzony gob zwinnie machał bronią, ktĂłra była prawie takiej samej długości jak ta Ranty.


Haruhiro biegał wokół. Cały jego wysiłek skupiał się na unikaniu, uchylaniu się i uciekaniu. Przeciwnik był duĹźo bardziej bystry od jakiegokolwiek, z ktĂłrym dotąd walczyli. Chłopak zaczął nawet podejrzewać, Ĺźe musiał przejść jakiś trening, gdyĹź swymi ruchami zdradzał całkiem biegłą znajomość szermierki. Jeśli sprĂłbowałby nieostroĹźnie sparować ktĂłreś z jego uderzeń czymś tak cienkim jak sztylet, kto wie co mogłoby mu się stać. Martwił się, czy Moguzo radził sobie sam, ale nie mĂłgł sobie pozwolić na spojrzenie w tamtym kierunku, Ĺźeby się o tym przekonać.


– Karczowanie…! – Yume silnie cięła goblina od tyłu ukośnym machnięciem swojej maczety.


Jednak wyglądało na to, Ĺźe stwĂłr się tego spodziewał. OdwrĂłcił się i z Ĺ‚atwością zablokował atak, wytrącając broń z rąk dziewczyny i chcąc od razu wyprowadzić cios.


– Nic z tego…! – Haruhiro skoczył w jego kierunku. Nie chciał o tym myśleć, ale być moĹźe goblin przewidział takĹźe i to, poniewaĹź odwrĂłcił się tnąc z gĂłry swoją bronią.


Och, cholera!
SprĂłbował sparować cios sztyletem. Niedobrze. Nie mogę całkowicie go zatrzymać.


Dało się słyszeć szczęk metalu, kiedy to miecz opancerzonego goba przeszedł po ostrzu chłopaka i nie zatrzymawszy się na rękojeści sztyletu, wbił się w jego prawe ramię.


– Aaaah…! – Opuścił swĂłj sztylet.


Przeciwnik dalej napierał.


Zabije mnie,
pomyślał Haruhiro. Mało brakowało.


– Gniew…! – Był to Ranta.


Skoczył od boku, tnąc mieczem. StwĂłr przykucnął i usunął się z drogi ciosu, nie tracąc jednak ani chwili nastawił się na kontrę.


Ranta cofnął się. Zaraz potem wycofał się po skosie.


– Cholera! Bzdura jakaś! Jesteś tylko cholernym gobem…!


Nie wyglądał zbyt dobrze. Był cały blady i obficie się pocił. Wyglądało na to, Ĺźe rana została wyleczona, ale nie przywrĂłciło to całej krwi, ktĂłrą stracił. Pomimo tego przybył w ostatniej chwili. Haruhiro przetrwał.


To jednak boli. Moje ramię… Cięcie poszło naprawdę głęboko. Podniosę sztylet lewą ręką. ale nawet nie mogę ruszyć prawą. Boli.


– Haruhiro! – Manato podbiegł, przygotowując się do natychmiastowego uĹźycia swojej magii światła. – Światło, niech boska ochrona Lumiarisa zstąpi na ciebie… Uzdrowienie.


Zaciskając zęby i znosząc bĂłl Haruhiro sprawdzał otoczenie, w czasie gdy Manato leczył jego rany. Moguzo jakoś dawał radę odpierać agresywne ataki hobgoblina, lecz miał z tym duĹźy kłopot. Zaczynał teĹź niezbyt pewnie stać na nogach.


Prawdopodobnie nie mogli liczyć na więcej wsparcia ze strony Shihoru. Przykucnęła, zapewne zuĹźywszy zbyt duĹźo magii. Ranta, w ten czy inny sposĂłb, radził sobie z wyślizgiwaniem się od atakĂłw opancerzonego goba. Wyglądało jakby Yume była ranna, prawdopodobnie w ramię.


– …Okej. – Manato dotknął prawej ręki Haruhiro, a potem krzyknął do dziewczyny. – Yume, dawaj tutaj! Uzdrowię cię!


– Yume jest w porządku! MoĹźe dalej walczyć!


– Po prostu tutaj chodĹş! Haruhiro, zamień się z Yume!


– …Zajmę się tym!


Zrobił to, co powiedział mu Manato, lecz miał pewne obawy.
Naprawdę będzie dobrze? Manato miał zadyszkę. Nie uĹźył zbyt duĹźo magii w tak krĂłtkim czasie?


Lecz Haruhiro był złodziejem, więc nie wiedział zbyt duĹźo o jej uĹźywaniu. Poza tym, czyjej ocenie wierzył bardziej, swojej czy Manato? Oczywiście, Ĺźe Manato. Haruhiro nie naleĹźał do zbyt pewnych siebie.


Będzie dobrze. Powinno być dobrze. Musi być.


Zamienił się miejscami z Yume.


Chcę zaatakować tego goblina, ale nie mogę się do tego zmusić. Boję się, Ĺźe jeśli zaatakuję, ten dorwie mnie kontrą. Czy z Rantą jest tak samo? Ten gob jest twardy. Nie sposĂłb go dosięgnąć ostrzem. Na domiar złego, w pewnym momencie załoĹźył hełm. Metalowa zbroja i hełm. Beznadziejne dla nas połączenie. Nawet jeśli szczęśliwie trafię go sztyletem, ten jedynie się odbije. Wątpię, Ĺźeby długi miecz Ranty teĹź cokolwiek zdziałał. MoĹźe półtorak Moguzo? Ale on miał ręce pełne roboty walcząc z hobgoblinem, a do tego prawdopodobnie to stwĂłr ma nad nim teraz przewagę.


JuĹź to przegraliśmy,
pomyślał nagle. Tak. Przegraliśmy. Nie moĹźemy wygrać. Czego byśmy nie zrobili, nie wygramy. Tak szczerze, to musiałem juĹź o tym wiedzieć. Musiałem uświadomić to sobie juĹź jakiś czas temu. Tak wygląda przegrywanie. Przegrywamy? Jeśli przegramy, co się z nami stanie? Zostaniemy zamordowani? Zginiemy? Wszyscy?


Spojrzał na Manato. Ten dalej uzdrawiał Yume. Nie, wyglądało na to, Ĺźe skończył. Właśnie zmierzali w jego stronę.


– Haruhiro, idĹş pomĂłc Moguzo! – powiedział Manato, a ten tylko odruchowo przytaknął.


Tak będzie dobrze? Cóş, muszę pomĂłc Moguzo. To jest pewne.


PrĂłbował dostać się na tyły przeciwnika. Właśnie wtedy się to zdarzyło.


– Ngahhhhhh! – Hobgoblin wydał z siebie bestialski ryk, uderzając maczugą w Moguzo.


Ten obrĂłcił swojego półtoraka bokiem blokując atak, stękając przy tym z wysiłku, lecz jego przeciwnik się nie zatrzymywał.


– Ngah! Ngah! Ngah! – Tłukł miecz Moguzo swoją maczugą. Znowu, i znowu. Mocniej, i mocniej. Maczuga była zrobiona z drewna, więc dlaczego nie pękała?


Moguzo był nieugięty. Trzymał swĂłj miecz za rękojeść i ostrze, blokując w ten sposĂłb maczugę. W jakiś sposĂłb dawał radę odeprzeć ataki, ale hobgob miał przytłaczającą przewagę.


– Ngah! Ngah! Ngah! Ngah! Ngah! Ngahhhh…!! – wrzeszczał.


– Ungh…! – Moguzo w końcu musiał przyklęknąć. Krwawił z głowy. Czy jeden z kolcĂłw maczugi go sięgnął?


Hobgoblin kopnął swojego przeciwnika, starając się go dopaść.


Nie mogę mu na to pozwolić. Będzie Ĺşle. Bardzo Ĺşle.


Następną rzeczą, ktĂłrą robił, było trzymanie hobgoblina od tyłu. Byłoby dobrze, gdyby mĂłgł spiąć swoje ręce wokół niego, ale było to niemoĹźliwe. Przeciwnik rzucał się gwałtownie prĂłbując zrzucić z siebie Haruhiro, lecz ten trzymał go do ostatniego tchu.


– Whoa! Ochh! Whoaaaaaaa…?!


– Dobrze ci idzie! ZdobądĹş jeszcze trochę czasu…! – Manato najwidoczniej prĂłbował zająć się Moguzo.


Chcesz, Ĺźebym robił to dalej, gdy ty robisz coś takiego? Ĺťartujesz sobie, prawda? Nie ma szans, to niemoĹźliwe.


– Ngah! – zawył potwĂłr i uderzył z Ĺ‚okcia Haruhiro, ktĂłry uczepił się jego plecĂłw.


Prosto w brzuch. Nie tylko boli; czuję się słabo. Niedobrze. Jeśli zemdleję, to koniec. Jeśli mnie zrzuci, teĹź będzie tragicznie. Umrę. Na pewno umrę.


– Ach…!


To, czego się obawiał, właśnie się stało. Jak? Nie miał zielonego pojęcia.


Hobgoblin zrzucił go ze swoich plecĂłw, trzasnął nim o ziemię i kopnął. Haruhiro nie mĂłgł złapać oddechu.


– …P-pomocy. – Zdołał powiedzieć.


Pomóşcie.
Na czyją pomoc tak naprawdę liczył? Nie wiedział. JednakĹźe pomoc nadeszła.


– Rozwałka…! – KrĂłtka laska Manato uderzyła wroga w głowę, lecz ten nosił hełm. Pomimo tego przyniosło to jakiś efekt. Prawdopodobnie dostał lekkiego wstrząsu. Manato w dalszym ciągu atakował przeciwnika, wrzeszcząc przy kaĹźdym uderzeniu.


– Haruhiro, wstawaj! Uciekaj! Wszyscy uciekać…!


To juĹź koniec,
pomyślał, zrywając się na rĂłwne nogi. To właśnie robimy. Uciekamy. Ucieczka jest jedyną rzeczą, ktĂłrą moĹźemy teraz zrobić.


JuĹź ruszał, lecz szybko się zatrzymał.


– M-Manato, co z tobą…?!


– TeĹź biegnę! Oczywiście! Szybko, uciekajcie! – Nawet podczas atakowania hobgoblina, prĂłbował się wycofać.


Moguzo, ktĂłry wrĂłcił po uzdrowieniu, zawył “Dzięki!” wykonując Szaleńczy Atak. Pomimo Ĺźe cios nie był celny, zmusił przeciwnika do odstąpienia.


Ranta i Yume szybko odwrĂłcili się i zwiali. Shihoru takĹźe prĂłbowała biec. Opancerzony goblin z okrzykiem bojowym ciął Moguzo po plecach, lecz dzięki kolczudze prawdopodobnie nawet go nie drasnął. Haruhiro gnał, by zrĂłwnać się z Rantą, patrząc w tym czasie do tyłu.


– Manato, wystarczy! Wszyscy się wydostali!


– Wiem! – Odskoczył do tyłu, dając swojemu przeciwnikowi szansę na dwa ataki, gdy ten zaszarĹźował za nim. Lecz nagle stanął w miejscu. Manato wykonał doskonałą zmianę kierunku, prześlizgując się przy mieczu opancerzonego goba. W oka mgnieniu pojawił się parę krokĂłw za Haruhiro.


Jednak nie był to jeszcze czas na odetchnięcie. Haruhiro odwrĂłcił się. Właśnie w tym momencie zauwaĹźył, Ĺźe opancerzony gob rzucił coś w ich kierunku. Przeleciało przez powietrze, prawdopodobnie trafiając Manato w plecy. Ten stęknął, prawie się potykając, więc teraz był tego pewny.


– Manato…?!


– Wszystko dobrze! – Natychmiast odzyskał rĂłwnowagę.


W dalszym ciągu biegnie jednostajnie, więc nie wygląda to na coś powaĹźnego. Hobgob i opancerzony nas ścigają. Musimy biec. To jest jedyne, co teraz moĹźemy zrobić.


Dobrze, Ĺźe zrobili mapę. Dzięki pracy, ktĂłrą jej poświęcili, znali na pamięć większość układu Starego Miasta w Damuro. To pozwoliło im uniknąć zgubienia drogi, a takĹźe natrafienia na dużą grupę goblinĂłw. Biegli. Nawet kiedy brakowało im oddechu, ich płuca jęczały, nawet kiedy czuli, jakby zaraz mieli umrzeć, biegli. Nawet gdy juĹź przez dłuĹźszy czas nie widzieli swoich przeciwnikĂłw, dalej biegli.


Manato jako pierwszy przystanął.


Nie, to nie było to.


Manato nagle runął na ziemię.


– …! – Haruhiro prĂłbował zawołać jego imię, lecz stracił swĂłj głos.


Jego plecy. W jego plecach, był tam— było coś— ostrze, zakrzywione ostrze, coś w rodzaju noĹźa do rzucania.


Nikt niczego nie mĂłwił. Wszyscy gapili się na Manato. Nie potrafili niczego powiedzieć. Co mogli powiedzieć?


– Urkh… – Manato sprĂłbował wstać. Nie mĂłgł. Udało mu się jedynie przekręcić na bok. – …O-ow… Myślę… Jesteśmy bezpieczni… na razie…


– Manato…! – Haruhiro przykucnął obok. Czy mĂłgł go dotknąć? Czy nie? Nie wiedział.


– Manato, t-twoja rana, m-magia! Właśnie, uĹźyj swojej magii…


– …Och, tak. – PodniĂłsł swoją prawą dłoń do czoła, lecz ta upadła bezwładnie na ziemię. – …N-nie mogę… tego… n-nie mogę… uĹźyć magii…!


– N-nic nie mĂłw! – krzyknął Ranta. – N-nie mĂłw! Ułóż się wygodnie, wygodnie… Chwila, w jaki sposĂłb masz to zrobić?!


Shihoru podeszła niepewnie, padając na ziemię przy boku Manato, naprzeciwko Haruhiro. Sięgnęła. Jej palec dotknął noĹźa. Kiedy to zrobił, szybko cofnęła swoją dłoń. Jej twarz była koszmarnie blada.


Twarz Manato wyglądała jeszcze gorzej. Nie była blada czy sina: była popielata.


Moguzo był nieugięty, stojąc niczym jakiś kamienny posąg.


– Co-co-co… – Yume czochrała swoje włosy. – …C-co robimy?


– Co…? – Haruhiro chwycił się za pierś.


Co robimy? Co robimy? Myśl. Musi być coś takiego. Nie moĹźe nie być niczego. Powiedz mi. Proszę, Manato. Manato.


Manato dyszał, jego oddech był nierówny.


– W-wyjdziesz z tego, Manato, słyszysz? Będzie dobrze, słyszysz? Po prostu, po prostu się trzymaj. Trzymaj się, Manato, słyszysz mnie?


Ten spojrzał na Haruhiro, poruszając jedynie swoimi oczyma.


– Haru…hiro.


– C-co? O co chodzi? Manato, o co chodzi?


– …Prze…pra…szam…


– Co? Co? P-przepraszasz? Dlaczego? Za co?


– …Cholera… jasna… Achh… Dlaczego… ja…? Haru…hiro… Liczę… na ciebie…


– Liczysz na mnie? Na mnie? Ĺťe co? Czego ode mnie oczekujesz? Chwila, nie, Manato, nie.


– …Nie… widzę… niczego… Czy wszy…scy… tam… są…?


– Jesteśmy! Wszyscy tutaj są! Manato! Jesteśmy tutaj! Nie odchodĹş!


– Ach… A to… pech…


– Nie odchodĹş! Manato! Nie moĹźesz nas zostawić! Nie odchodĹş! Proszę, Manato…!

 

 

Manato wziął głęboki oddech i splunął. W tym momencie jego oczy przybrały szklisty wyraz. Shihoru połoĹźyła dłoń na jego klatce piersiowej.


– J-jego serce nie bije!


– W-wykonajcie RKO! – krzyknął Ranta.


To było zdumiewające olśnienie, pomyślał Haruhiro. Czuli jakby wszystko się ułoĹźyło, mĂłwiąc sobie wzajemnie co robić, gdy go resuscytowali. Minutami, dziesiątkami minut uciskali jego klatkę piersiową, wcześniej wyjąwszy nóş. Robili teĹź usta-usta. Musieli to robić juĹź ponad godzinę.


– …N-nie powinniśmy juĹź przestać? – powiedział Moguzo, łkając. – C-czuję się Ĺşle z powodu pana Manato… no wiecie.


– Dobra! – Haruhiro prawie go uderzył, ale powstrzymał się. – …Dobra, więc co robimy? MĂłwisz, Ĺźe powinniśmy go po prostu zostawić? Po prostu go porzucić?


– Magia – powiedziała Shihoru, podnosząc głowę. Jej oczy były spuchnięte i czerwone z powodu zapalenia. – MoĹźe uda nam się zrobić coś za pomocą magii. To znaczy, przecieĹź istnieje magia lecząca rany.


– Tak. – Yume wielokrotnie przytaknęła. – Tak, musi być coś, co moĹźemy zrobić. Musi być. Najemca, gdzie to było? Gildia kapłanĂłw, um, jak to było…? Świątynia!


– Świątynia Lumiarisa? – Ranta wytarł łzy wierzchem dłoni. – Dla sługi Lorda Skullhella, takiego jak ja, to terytorium wroga, ale nie czas, by się tym martwić.


– Będę go niĂłsł. – Moguzo podniĂłsł Manato.


– Okej, chodĹşmy. – Przytaknął Haruhiro.


Za kaĹźdym razem gdy Ranta lub Haruhiro oferowali pomoc w niesieniu Manato, Moguzo odpowiadał jedynie “Mam się dobrze”, odmawiając im. Przez całą drogę powrotną do Alterny, a nawet do Ĺšwiątyni Lumiarisa w jej północnym dystrykcie, Moguzo niĂłsł Manato sam.


Gdy wkroczyli do Ĺ›wiątyni, mężczyĹşni w kapłańskich szatach z niebieskimi paskami na białym materiale, dokładnie o takim samym wzorze jak ta Manato, zatrzymali ich. Wyglądało na to, Ĺźe jeden z nich znał chłopaka i powiedział innemu, by ten odnalazł Mistrza Honena.


Mistrz Honen, kimkolwiek nie był, przybył natychmiast. Był mężczyzną zbudowanym potężnie niczym skała i wyglądał bardziej na wojownika, niĹź na kapłana.


– Och, jak okropnie – wykrzyknął, otwierając usta. Jego głos takĹźe był wyjątkowo donośny.


Jeśli tak się zastanowić, Manato wspominał, Ĺźe jego mistrz był głośny i z tego teĹź powodu zawsze bolały go uszy, nieprawdaĹź?


Kiedy to sobie przypomniał, nie mogąc dalej tego znieść, padł na twarz przed Mistrzem Honenem.


– Proszę, uratuj Manato! Zrobię cokolwiek, więc proszę! Błagam cię…!


– Głupcze! – ryknął. – Nawet lśniący BĂłg Światła, Lumiaris, nie moĹźe uratować martwych! Manato, jak mogłeś być takim głupcem?! Uznałem cię za obiecującego młodzieńca, dlatego przykładałem się do twojej nauki z taką miłością i troską! Jak mogłeś pozbyć się swojego młodego Ĺźycia w taki sposĂłb?!


– OĹźesz, ty…! – Ranta podszedł, by chwycić Mistrza Honena.


– Nie rĂłb tego! – powiedziała Yume.


Ranta łatwo się poddał. Prawdopodobnie dlatego, Ĺźe widział strumień łez płynący z oczu nauczyciela Manato.


Shihoru padła na ziemię, usiadłszy na zimnej podłodze świątyni. Moguzo stał w bezruchu, w dalszym ciągu trzymając chłopaka w ramionach.


– Teraz, w takim wypadku. – Jego głos nawet przez chwilę się nie zachwiał, choć łzy dalej płynęły. – Musicie wyprawić mu godny pochĂłwek. Klątwa NieĹźywotnego KrĂłla zmienia niepochowanych na granicy w jego sługusĂłw. Macie najwyĹźej pięć dni. NiektĂłrzy zamieniali się w zombie do końca trzeciego dnia.


Haruhiro czuł, Ĺźe chce mu się śmiać. To nie był czas na Ĺ›miech i doskonale to wiedział, lecz wciąż.


– …Czyli chcesz, byśmy skremowali zwłoki Manato?


– W rzeczy samej. Poza Alterną znajduje się krematorium. Kiedy oczyścicie juĹź jego szczątki ogniem, Ĺźeby ponownie nie powstały, zakopcie jego prochy na wzgĂłrzu.


– Mogę o coś zapytać?


– Tak?


– Domyślam się, Ĺźe nie jest to za darmo?


– Jeśli nie moĹźecie sobie na to pozwolić, ja zapłacę.


– Nie – westchnął Haruhiro. To było głębokie, naprawdę głębokie westchnienie. Był zły. Lecz wściekanie się teraz wydawało się śmieszne. – …Nie, dziękuję. To nie tak, Ĺźe nie mamy Ĺźadnych pieniędzy. Jeśli nie będziemy mieć wystarczająco, coś wymyślimy. Manato był moim—naszym towarzyszem.

 

 

<<Poprzedni rozdział

Kolejny rozdział >>